piątek, 7 lipca 2017

24

(Mariusz)
Z rozmyśleń wyrwał mnie Nico, który spytał się, czy jedziemy, bo zaraz trening. Ja tylko kiwnąłem głową i poszedłem za nami. Cały czas miałem w głowie słowa Poli. Musimy na ten temat pogadać. Podjechałem pod blok mając nadzieje, że będzie w mieszkaniu, ale się myliłem. Wziąłem swoją torbę i pojechałem na hale. Wszedłem jakoś nie chętnie, nie darłem się przez całą szatnie tylko gestem ręki się przywitałem i usiadłem na swoje miejsce i się przebrałem. Po czym z wodą w ręku ruszyłem na boisko. Kiedy rozpoczął się trening musiałem się wyłączyć, bo nawet nie wiadomo, kiedy się skończył. Ja jak z automatu zrobiłem to co zawsze po treningu, czyli kąpiel i potem się ubrałem. Z nadzieją pojechałem, że Pola już jest, ale nadal nic... Wszedłem do kuchni i zobaczyłem na lodówce karteczkę:
"Zrobiłam zakupy, 
kolację masz w lodówce, 
nic mi nie jest, 
ale dzisiaj chce być sama. 
Nie dzwoń, nie pisz... 
Pola 
PS. daj mi czas..."

Zjadłem to, co Pola przygotowała i usiadłem na kanapie. Włączyłem telewizor, żeby nie było aż tak cicho. Lecz nie interesowało mnie nic, co w nim leci. Spojrzałem na wyświetlacz, gdzie było ukazane połączenie od Janusza. Odebrałem, chociaż przyznaję, że się przez chwile zawiesiłem.
-Tak?
-No siemaneczko Mario, co Ty na to byśmy wyskoczyli na jakiegoś browarka? Jeśli Pola Ci pozwoli, oczywiście...
-Ależ Ty dowciapny Marcin, że aż nie wiem co powiedzieć...
-Haha... No wiadomo... Więc jak? Idziesz czy najpierw się pytasz?
-Nie, no przestań... Idę...
-A Pola nie będzie zła?
-A co Ty, żeś się uparł tak na nią...
-Z ciekawości...
-Nie będę jej pytał, bo i tak jej nie ma...
-Aha... i wszystko jasne... - zaczął się śmiać.
-Ty bo zaraz sam se pójdziesz na te piwo.
-Oj no... Maniek nie obrażaj się... To co... Tam, gdzie zawsze?
-Ok. Będę za 20 minut.
-Ok. Nareczka.
-No cześć.
Odłożyłem telefon. Przebrałem się i wyszedłem z mieszkania. Droga zajęła mi może 10 minut? Nawet nie wiem, bo nadal w myślach błądziłem, gdzie może być Pola. Wszedłem do baru. Tam już czekał na mnie mój przyjaciel. Podszedłem do niego i zamówiliśmy se piwko. Zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy, ale kiedy weszło na temat Poli odruchowo spojrzałem na telefon, gdzie na wygaszaczu była ona.
-Dobra Marcyniak, w bambuko możesz robić Winiara i Szampona, ale mnie nie oszukasz. Dobra, o co pokłóciłeś się z Polą?
-No co mam Ci powiedzieć... No Pola zaczęła coś mówić, potem ugryzła się w język i nie chciała powiedzieć... No co mam Ci więcej powiedzieć?
-A o co chodziło?
-O Marysie...
-Marcyniak Ty tępaku!!! Miałeś Kasie, prawdę?
-Nie wspominaj mi o niej...
-Dobra to inaczej, ale teraz pomyślisz, błagam... Jeśli obiecałeś mi, że nigdy ale to nigdy nie powiesz jej o jakieś tajemnicy, czy powiedziałbyś jej?
-No nie...
-No to pomyśl sobie, że może Pola coś obiecała Marysi i nie może powiedzieć, jeśli ona nie chce by ktoś wiedział. Ale jeśli dobrze wiem, to one są z bidula, tak?- kiwnąłem głową, że się to zgadza. - To teraz pomyśl, co one ze sobą przeszły i nie chcą wspominać, bo chyba to nie był jakiś dobry czas, więc?
-Janusz... Co ja bym zrobił bez Ciebie...
-Na pewno byś się zgubił i wiadomo, czemu ja sypie, a Ty środek...
-No dzięki...
-Spoko... No leć do niej...
Wstałem i zacząłem biec, ale się cofnąłem...
-Marcyniak, pomyśl... Gdzie ona mogła by być?
-No właśnie nie wiem...
-Może u siebie w domu?
-Ale ja nie mam kluczy...
-Jedź do Marysi i weź od niej klucze...
-Ale co...
-Powiedz, że Pola chciała wziąć jakieś buty czy kurtkę, wysil się... Mariusz... Nie załamuj mnie..
-Dzięki...
Pojechałem do Marysi, oczywiście nie obeszło się bez pytań po co i na co, ale w końcu mi dała. od razu pojechałem do ich domu. Prze kluczyłem zamek i wszedłem powoli do mieszkania. Zapaliłem światło i skierowałem się do jej pokoju, ale jej tam nie było, potem do sypialni Marysi, ale też jej tam nie było, a potem do salonu, ale w końcu znalazłem ją śpiącą na parapecie, a obok stała nutella i masło orzechowe. Ale co najlepsze obok tego były jeszcze tabletki przeciwbólowe i alkohol?
-Jezus Maria, Pola?!
-Czego się kurwa drzesz?!
-Czy Ty?
-No a kurwa nie?!
-Czy Ty?!
-Nie, kurwa... Taka głupia nie jestem, żeby mieszać tabsy z alkoholem... Nawet tego nie tknęłam, a tabsy dlatego, że mam swoje dni i mnie brzuch napierdala, ale jeśli dobrze wiem, miałeś mi dać spokój...
- Pola ale zrozum, że ja nie umiem bez Ciebie  żyć...
-To może się naucz...
-Czekaj, co?!
-Nadal głuchy?! Jeśli nie umiesz uszanować tego, że chce być sama to masz problem, al teraz wyjdź!!!
-Nidzie nie wyjdę!!! Musimy porozmawiać!
-A co teraz kurwa robimy?!
-Jeśli dobrze wiem to drzemy japę!!!
-Ale to Ty zacząłeś!!!
-I ja to zakończę!!!
W swoje dłonie wziąłem jej twarz i złożyłem na pocałunek ja jej słodkich jeszcze od nutelli ustach.  Może i trwał krótko, ale za to się uspokoiliśmy. Przytuliłem ją do siebie bardzo mocno, a ona zaczęła płakać... Gładziłem ją po plecach. PO czym wyszeptałem do jej ucha:
-Przepraszam, że tak naciskałem... Przepraszam, że teraz przez ze mnie płaczesz... Jeśli chcesz mogę stąd wyjść i dać Ci czas, tyle ile będziesz chciała... Tylko coś powiedź...
Czekałem aż się uspokoi. Kiedy zaczęła płytko oddychać, spojrzałem na nią a ona zasnęła. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do ją do pokoju. Delikatnie położyłem i przykryłem kołdrą. Pocałowałem w czółko i chciałem wyjść, lecz mnie zatrzymała.
-Mariusz, proszę... Zostań... Proszę...
Obróciłem się i zobaczyłem, że po jej policzkach znowu spływają łzy. Wróciłem do niej i położyłem się obok niej i mocno przytuliłem do siebie.
-Zostanę, jeśli tylko będziesz chciała...
-Chcę... Proszę nie zostawiaj mnie...
-Nie zostawię... Nigdy...
Po czym pocałowałem jej czoło i czekałem aż zaśnie. Długo to nie trwało, gdyż po chwili odpłynęła. Poszedłem ogarnąć kuchnie i wziąłem ze sobą tabletki i wodę. Rozebrałem się z ciuchów i położyłem się obok niej. Przytuliłem się do niej, a ona tylko cicho się spytała, czy mam tabletki, a ja kiedy brała ostatni razem a ona ze 2 godziny temu... Nie chętnie wstałem i podałem je i wodę. Wzięła dwie, a ja na nią spojrzałem...
-No co? Gdyby Ciebie tak bolało, to też byś tak brał...
-I nic z tym nie zrobisz?
-No nie...
-A takie bóle masz?
-Od kiedy mam okres... Czasami jest mocniejszy taki jak dzisiaj, albo boli i da się wytrzymać... I spokojnie to tylko taki jeden dzień lub dwa nie dłużej...
-To czemu dzisiaj Ciebie aż tak boli?
-Nie dzisiaj Mariusz...- przytuliła się do mnie.- Teraz mam słabsze przeciwbólowe, a tak to zawsze mam mocniejesz i w ogóle jakbym była na haju i zazwyczaj Ciebie nie ma, więc jest lepiej, że nie widzisz mnie w takim stanie... I uprzedzam... Nic nie da się z tym zrobić...
-Dobra... A teraz cicho, idziemy spać...
-Yhm...
Przytuliłem ją do siebie i chwile później spała w najlepsze, a ja wpatrywałem się w nią, przy okazji zastanawiałem się, dlaczego aż tak mocno kobiety muszą cierpieć... Ale no nic nie zrobisz... Wtuliłem się w nią i zasnąłem. Czułem jak wstaje parę razy i pytałem czy wszystko ok. A ona jak zawsze, że tak i że idzie do łazienki ale słyszałem jak się faszeruje tabletkami i pije wodę... Spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłem że jest już 6.00, a trening jest na 9.00... Poleżałem z nią jeszcze chwile i wstałem. Zrobiłem śniadanie i po czym je zjadłem, a Pola się męczyła. Poprosiłem by została w domu i leżała, jak skończy mi się trening, to po nią przyjadę i pojedziemy do mojego mieszkania, ale ta się uparła i powiedziała, że musi posprzątać mieszkanie, bo Maryś przyjedzie i w ogóle... Poprosiłem dziewczynę, by ta chociaż nie robiła nic, ale znając życie i tak zrobi po swojemu...

(Pola)
Wiedziałam, kto wszedł, po pierwsze, bardzo dobrze znałam jego chód i charakterystyczne zamykane drzwi, ale wiecie co go najbardziej zdradziło? Perfumy... Ten boski zapach, który uwielbiam... Dobra Pola siedź cicho to może nie przyjdzie do Ciebie, ale gdzie tam... Musiał mnie znaleźć... Po czym zaczął się drzeć... No to ładną wymianę zdań przerwał całując mnie... Jak mi tego brakowało... Po czym przytulił mnie, a ja co? No się rozryczałam, jak małe dziecko... A on wyszeptał mi do ucha słowa, które dały mi do myślenia...
-Przepraszam, że tak naciskałem... Przepraszam, że teraz przez ze mnie płaczesz... Jeśli chcesz mogę stąd wyjść i dać Ci czas, tyle ile będziesz chciała... Tylko coś powiedź...
Kiedy się uspokoiłam zamknęłam oczy, bo znowu poczułam ten cholerny ból... On musiał uznać, że zasnęłam. Wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju. Przykrył i chciał wyjść, ale ja nie chciałam, potrzebowałam go...
-Mariusz, proszę... Zostań... Proszę...
Obrócił się i chwile później leżał obok mnie i cicho mówił.
-Zostanę, jeśli tylko będziesz chciała...
-Chcę... Proszę nie zostawiaj mnie...
-Nie zostawię... Nigdy...
Leżeliśmy wtuleni w siebie, ale w końcu mi się chociaż na chwile przysnęło. Ale nie na długo, bo znowu poczułam ten straszny ból.
-Mariusz, mógłbyś przynieść mi tabletki i wodę?
-Jaki czas temu je brałaś?
-2h temu...
Musiałam skłamać, bo by mi ich nie dał... Chyba nie do końca uwierzył, ale mi je dał. Mierzył mnie, ale ja mu tylko powiedziałam, żeby sam brał, jakby go bolało. Po czym jak na grzeczną dziewczynkę przystało, odpowiadałam na pytania. Po czym znowu zasnęłam ale wstawałam i co chwile do łazienki, a potem dalej się faszerowałam tym. Kiedy dochodziła podajże 7.30 Mariusz wstał i poszedł do kuchni. Po czym ja też wstałam i znowu do łazienki. Poszłam do kuchni, a tam były przygotowane kanapki, żeby nie martwić go zjadłam na siłę jedną. Później chłopak uświadomił mnie o tym, że zabierze mnie po treningu do siebie, ale ja mu odmówiłam, że muszę posprzątać mieszkanie, co wynikło małymi wymianami zdań na ten temat, ale w końcu odpuścił i mnie po prosił, żebym chociaż na niego poczekała... No ale ja jak to ja nie miała w tego w planach. Kiedy wyszedł włączyłam muzykę na lapku i poszłam się ogarną i potem wzięłam się za sprzątanie. Oczywiście za nim Mariusz przyszedł, większość była już posprzątana, tylko została mi kuchnia i mój pokój. Więc kiedy zaczęłam sprzątać kuchnię przyszedł i po jego minie było widać, że mu się to nie podoba, ale no cóż... Życie... Podeszłam i dałam mu buziaczka i wróciłam do obowiązków, a jego wysłałam, żeby się umył. Kiedy się ogarnął, pomógł mi skończyć sprzątać kuchnię i ruszyliśmy do mojego pokoju. Mariusz ścierał kurze, a ja zaczęłam myć szyby, a kiedy skończyliśmy wzięliśmy się za moją szafę. Kiedy skoczyliśmy, rzuciliśmy się na moje łóżko. nie miałam sił i chwile później spałam. Obudziło nas dopiero małe krzyki w mieszkaniu...
Mariusz poszedł sprawdzić kto to, a ja leżałam dalej.
-Kurwa mać, Marcyniak, wiesz jak mnie wystraszyłeś?! Miałam już ochotę urwać łep Poli, że nie zamknęła drzwi!!!
-Maryś nie krzycz, Pola śpi...
Po czym wstałam i wyszłam.
-Nie prawda, nie śpię...
Dziewczyna mnie zmierzyła. Ale ja podeszłam i przybiłam piątkę z Nico i wróciłam do Mariusza, żeby się przytulić, ale Marysia zaczęła się pytać, co się mi stało.
-Mania, nic mi nie jest... Po prostu trochę źle się... Jestem niedysponowana, a Ty wiesz jak ja to znoszę...
-Aha... I wszystko jasne...
-Nom...
Po czym chciała wziąć swoją torbę, ale Nico ją uprzedził i znowu się zaczęło... To samo... Zostaw nie ruszaj, ja jestem tylko w ciąży i bla, bla, bla.... Nie mogła tego słuchać i poszłam się położyć... Po czym przyszedł do mnie Maniek. Położył się obok mnie i tak se leżeliśmy. Kiedy dochodziła 19.00 wstałam i poszłam zrobić kolację. Ale tam już urzędowała Marysia z Nico, którzy nadal rozmawiali na temat tego mieszkania i żeby się nie przemęczała. Więc jak się tam pojawiałam tak też zniknęłam. Poszłam do pokoju, ale najpierw zahaczyłam o łazienkę. Maniula spał w najlepsze, więc tylko się położyłam obok niego i wzięłam się za książkę. Potem przyszła Marysia i oznajmiła, że jest kolacja. Obudziłam środkowego i poszliśmy do nich.

(Mery)
No nie powiem, zdziwiła mnie reakcja przyjmującego. W sumie sama nie wiem czemu. Miałam takie dziwne przeczucie, że jego reakcja będzie zupełnie inna, a tu proszę. Moje przeczucie po raz pierwszy mnie zawiodło. No ale cóż... Kiedy Nico wyszedł wpadła do mnie Polcia i wiecie, jak to ona wypytywała o jego reakcję. Kiedy wszystko jej powiedziałam wywaliła ją pielęgniarka, że niby potrzebowałam odpoczynku! Jeszcze czego, mam zostać sama, z moimi nieposkładanymi myślami?! No jeszcze czego! Ale nie, ona wie lepiej co dla mnie najlepsze... Jak ja nie cierpię polskiej służby zdrowia...
No ale co miałam zrobić... Siedziałam i myślałam nad tym wszystkim... Nie, nie spałam, tylko myślałam. Przez całą noc nie zmrużyłam oka bo bałam się co będzie... No dobra, może dramatyzuje, ale już straciłam jednego maluszka, nie chcę żeby to się powtórzyło... Wiem, Nico to nie Damian, ale świadomość tego co się stało nadal siedziała mi gdzieś z tyłu głowy... Wiecie, jak klątwa Pucharu Polski, że jeśli się go wygra, nie wygrywa się PlusLigi.
Ale wracając. Kiedy się otrząsnęłam? Kiedy lekarz poinformował mnie o swoim przybyciu. A kiedy? gdzieś tak około 9:15. Fajnie co nie? Więc, poinformował mnie, że zrobią mi jeszcze badania i w najbliższym czasie mnie wypuszczą, czyli jutro wieczorem. Ludzie, jeszcze jedna noc w tym okropnym sterylnie białym pomieszczeniu! Jak ja nienawidzę takich rzeczy... Nie cierpię wręcz.
- A nie mogę się wypisać na własne życzenie?
- Niestety nie. To są obowiązkowe badania, a biorąc pod uwagę pani anemię muszę przyznać, że bardzo nie rozsądnie byłoby się wypisywać nie tylko z uwagi na pani stan, ale również z uwagi na dobro dziecka.
- Ale ja się dobrze czuję.
- To, że pani się dobrze czuje, nie znaczy, że wszystko jest w początku.
- Dobrze- odpowiedziałam zrezygnowana i odwróciłam głowę w stronę okna.
Nie miałam nic ciekawszego niż przyglądanie się temu co dzieje się na zewnątrz. To jedyne co mogłam robić. Nie było mowy żebym nawet wyszła z łóżka dalej niż do łazienki. Traktują mnie jak obłożnie chorą, a taka nie jestem. Ludzie, ciąża to nie choroba. Najpierw tłumaczyłam to temu  Igle a teraz muszę jeszcze lekarzom i pielęgniarkom za każdym razem jak chcę wyjść z pokoju...
Więc kiedy w końcu mogłam wyjść ze szpitala to się ucieszyła, a kto na mnie czekał? No Nico, yeah.... Pojechaliśmy od razu do mnie, ale nadal rozmawialiśmy temat tego mieszkania razem. Ja rozumiem, że się martwi, że jego dziecko, no ale chłopie no... Kiedy przyjechaliśmy już na miejsce, poszłam do góry i przestraszyłam się, że Pola znowu nie zamknęła drzwi.
-Czekaj, ja pójdę pierwszy.... - powiedział Nico i szedł, aż wyłonił się środkowy.
-Kurwa mać, Marcyniak, wiesz jak mnie wystraszyłeś?!- powiedziałam, chyba dosyć głośno. -  Miałam już ochotę urwać łep Poli, że nie zamknęła drzwi!
-Maryś nie krzycz, Pola śpi...
Kiedy mówił blondynka była już za nim.
-Nie prawda, nie śpię...
Zmierzyłam Pole, bo chyba coś nie swoja, ale chyba nic z tego nie zrobiła, tylko podeszła i przybiła piątkę z Nico i wróciła do Mariusza, żeby się przytulić. Dobra, coś jest nie tak.
-Pola, co jest? Coś się stało? Wszystko w porządku? Może chora jesteś?
-Mania, nic mi nie jest... Po prostu trochę źle się... Jestem niedysponowana, a Ty wiesz jak ja to znoszę...
-Aha... I wszystko jasne...
-Nom...
Kiedy chciałam wziąć swoją torbę, bym mogła się rozpakować, przyjmujący uprzedził mnie mówiąc:
- Nie będziesz dźwigać! O nie na pewno nie...
-Bo co?
-No jesteś w ciąży!
-Ale to nie choroba! Ile razy mam wszystkim powtarzać!
-Ale nie możesz się przemęczać! Więc chce, byś się do mnie wprowadziła!
-Niby czemu?! - Pola miała nas najwyraźniej dosyć i wyszła.
-Ej... Uspokójcie się! Marysia nie może się denerwować!
-I Ty też! Ciekawe czemu tego nie robicie, jak nie jesteśmy w stanie błogosławionym, tylko leżycie a kanapach i tylko EJ MAŃKA PRZYNIEŚĆ MI PIWO!
-Ale ja tak jeszcze nie powiedziałem do Ciebie!
-Uderz w stół na nożyce się odezwą. - skomentował nas środkowy i se poszedł do Poli.
-To był przykład!
-Coś nie trafny...
-Jezu... Dobra skończ... - poszłam do kuchni.
-Nie! Musimy porozmawiać!
-A co robimy?
-Dobra nie o to mi chodziło!
-To o co?
-Byś się do mnie wprowadziła! Chce mieć Cię na oku!
-A co ja jakaś niepełno sprawna jestem, żebyś się mną zajmował?
-Nie, ale nosisz moje dziecko!
-i to jest tego powód tak?
-Nie tylko, Maryś, Ja Ciebie kocham i marzę z Tobą założyć rodzinę, czy Ty tego nie wiesz! Mieć dzieci...
-Jedno masz już w drodze.
-Dwoje, a może troje...
-Jak sam se urodzisz!
-I urodzę! razem z Tobą!
-Chcę to zobaczyć!
- I zobaczysz...
-Dobra, weź...
I wyszłam. Poszłam zawołać parę poloniową na kolacje. Było chyba widać, że jesteśmy nabuzowani, ale nikt nie ważył się odezwać.

*********************************************************************************

Cześć wszystkim!
Dawno nie pisałam do Was ;)
Sorki... Nie mam czasu na nic...
Nawet teraz...
Więc dodaje szybko 24 
i życzę miłego czytania :)
Mam nadzieję, że się podoba!
Piszcie co myślicie o tym wszystkim ;)
Do zobaczenia niebawem...
Aaa... Jak ktoś czyta bloga o Nico i Ali

To chce powiedzieć, 
że zaczęłam wrzucać znowu rozdziały 
i chce byście zwrócili uwagę na notatki jakie napisałam 
i proszę o odpowiedzi na nie...

Z góry dzięki ;*
całuski (w policzka xd) Zuśka&Tośka 

wtorek, 4 kwietnia 2017

23

(Mery)
Obudziłam się w szpitalu. Czułam jakby moja głowa ważyła tonę.
- Witamy panią w śród żywych. Jak się pani czuje?- Zapytał lekarz, który był na mojej sali i świecił mi w oczy latarką.
- Wie pan, bywało lepiej...- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mam pani wyniki badań krwi...
- Już? Przecież dość długo trwa coś takiego- przerwałam mężczyźnie.
- To prawda, widzę, że pani chyba z KPP... Ale wracając, była pani przez ponad dwie godziny nie przytomna.
- Ile?
- Ponad dwie godziny, więc tak jak mówiłem mam pani wyniki- kontynuował a co usłyszałam potem zwaliło mnie z nóg, nie dosłownie bo leżałam, ale gdybym stała pewnie bym usiadła.
Po tym co mi powiedział tak po prostu wyszedł, a ja siedziałam nie wiedząc co zrobić...
- Przymknijcie się na chwilę. Marysia, moja kochana, co się stało?- zapytał materializując się koło mnie ni z tąd ni z owąt Igła.
- Wcale nie taka twoja, bo moja też...- odparł oburzony Ziomek.
- Ale to ja jestem jej rodziną.- dodała Aga.
Patrzyłam na nich zdezorientowana i nie wiedziałam co powiedzieć.
- Dajcie spokój. Mery, co się stało?- Zapytała Polcia siadając po drugiej stronie bo jedną już zajął duszpasterz Igła.
- Ja sama nie wiem...- odpowiedziałam nie wiedząc jak im  to wyjaśnić.
- Może to ci pomoże...- stwierdziła Aga i podała mi jakąś kopertę.
Otworzyłam ją i zaczęłam czytać w myślach.
Mała!
Jeśli to czytasz to znaczy, że masz 23 lata, więc nie będę owijał w bawełnę i hamował ze słownictwem ;)
Więc pewnie teraz mam pod czterdziestkę, jestem stary, gruby i brzydki, ale kij z tym ;P
A czemu? Bo mam obok siebie dwie najwspanialsze kobiety na świecie.
Ciebie i Agę.
Chcę, żebyś wiedziała, że kocham Cię nad życie i zrobię dla Ciebie wszystko.
Zaadoptowałbym Cię, ale ten pieprzony bidul mi na to nie pozwala, bo niby nie mam warunków...
Ale chcę, żeby to było jasne. Jesteś, byłaś i będziesz w moim życiu najważniejsza...
Nie chcę wyjeżdżać teraz do Włoch do Maceraty... To znaczy cieszę się, że tam jadę, ale nie chcę tam być bez Ciebie Mycha...
Bo co ja tam bez Ciebie zrobię? 
Kto mnie będzie tak denerwował?
Kto mnie będzie tak fajnie budzić zimną wodą?
No powiedz mi kto?
Wiem, że pewnie jesteś na mnie wściekła za to, że pojechałem...
Naprawdę przepraszam... Krzysiek z Ziomkiem obiecali mi, że będą mieć na Ciebie oko, więc jak coś przeskrobiesz to odrazu się o tym dowiem ;)
Sandra na pewno by chciała, żebyś była szczęśliwa, więc posłuchaj mnie uważnie Myszka, masz żyć na całego, bez ograniczeń, zakochać się, poznać tego jedynego, mieć gromadkę dzieciaków, robić to co kochasz, żebyś na koniec życia mogła powiedzieć "Żyłam na prawdę i nie żałuję ani jednej sekundy tego co mnie spotkało".
Mam nadzieję, że mieliśmy kaca giganta po twojej 18-stce razem z Igłą i Ziomkiem ;D
Myszka pamiętaj, żyj na całego i nigdy nie mów nie, jeśli serduszko podowiada Ci tak.
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa i nie ma z tobą żadnych problemów.
Pamiętaj, zawsze będę Cię kochał.
Na zawsze Twój Arczi ;*
Po moich policzkach spływały gorzkie łzy... Mój Arczi... Chciał mieć kaca po mojej 18-stce, chciał mnie zabrać ze sobą, powiedział, że zawsze będzie mnie kochać, że mam słuchać mojego serduszka, że mam niczego nie żałować... I wtedy coś we mnie pękło i powiedziałam nieświadomie na głos:
- Jestem w trzecim tygodniu ciąży- wydukałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.- I przez to pogłębiła mi się anemia- dokończyłam, żeby już nie było pytań o wszystko i o nic.
- Ale jak to?
- Wiesz co Krzysiek, komu jak komu, ale tobie naprawdę nie powinnam tłumaczyć skąd się biorą dzieci, bo chyba wiesz skoro masz aż dwójkę- odpowiedziałam rzeszowskiemu libero.
- Ale i tak jak to możliwe?! Przecież Ty jesteś z tym gościem od trzech tygodni...
- A co, Ty mi może powiesz, że taki grzeczniutki byłeś, że z Iwonką do ślubu nic nie było?
- Igła, ona ma rację, zresztą, proszę Cię, wiesz jak teraz jest i lepiej, że to z nim, a nie z kimś innym, bo jemu naprawdę na niej zależy.- poparł mnie Ziomek.
- I Ty Brutusie przeciwko mnie?- Zapytał oburzony Igła.
- Możecie się zamknąć? Bo kłótnie na pewno jej teraz nie pomogą- odezwała się w końcu Polcia.
- Ona ma rację.- poparła ją Aga.- Więc z łaski swojej zamknijcie się i zastanówmy się co zrobić z tym fantem.
- Jak to co, nic- odezwałam się w końcu, a Igła popatrzył na mnie jak bym powiedziała największą głupotę na świecie.- Nie patrz tak na mnie, bo to nie jest Damian.
- Mysza, a co jeśli...
- Igła nic... Jestem dorosła i na 100% tego nie zrobię! Już za dużo straciłam, tyle bliskich osób odeszło, tyle części mnie, nie pozwolę, żeby teraz kolejna odeszła!- Niemalże wykrzyczałam ze łzami w oczach.
- Przepraszam, po prostu się o Ciebie martwię.- wyszeptał przytulając mnie.- Obiecałem mu, że będę Cię pilnował, już raz zawiodłem i do dzisiaj mam z tego powodu wyrzuty sumienia, nie chcę, żeby teraz też tak było- skończył jeszcze ciszej niż wcześniej mówił.
- Jak myślisz, jak zareaguje?
- Nie wiem Ziomek. Ale bez względu na wszystko nie zmienię mojej decyzji.
- I tak powinno być.- poparła mnie jednocześnie Aga z Polcią.
Nie wiem, ile jeszcze siedzieli, ale atmosfera się trochę poluźniła. Igła z Ziomkiem zaczęli się tak wygłupiać, że aż brzuch mnie rozbolał ze śmiechu. Z resztą, oni tak zawsze...
Więc kiedy poszli, stałem przed najtrudniejszym zadaniem... Jak mam to powiedzieć Nico i jaka będzie jego reakcja...
Nie musiałam długo czekać, aż mnie odwiedzi. Kiedy tylko wszedł odrazu skierował się do mnie jakby się bał, że mu ucieknę i nic nie powiem. Chłopak usiadł na końcu łużka i spojrzał na mnie.
- Wszystko w pożątku Mycha?- Zapytał, a ja poczułam pod powiekami łzy co oczywiście nie umknęło uwadze Francuza.
- Po części tak...
- Po części?- Powtórzył zaniepokojony moją odpowiedzią.
- Nico, bo ja...- zaczęłam i nie wiedziałam jak to powiedzieć.
(Nico)
- Mycha, co jest?- Dopytywałem coraz bardziej zmartwiony i zaniepokojony jej zachowaniem.
- Nicolas- powiedziała dziewczyna, a ja byłem coraz bardziej zdenerwowany, bo nie pamiętam kiedy tak do mnie ostatnim razem mówiła.- Proszę Cię, bez względu na to co powiem...
- Nic się między nami nie zmieni, obiecuję.- przerwałem jej i chwyciłem ją za rękę.- Więc powiesz mi w końcu co się stało?- Zapytałem, a dziewczyna ciężko nabrała powietrza.
- Nico, jestem w ciąży- po tych czterech słowach najpierw usłyszałem głuchy pisk, a potem zalała mnie fala radości.- W trzecim tygodniu.- dokończyła spokojnie.
- Mery...- zacząłem, ale nie umiałem wydusić z siebie niczego innego niż tylko jej imienia.
Przytuliłem ją najmocniej jak tylko umiałem i pocałowałem. Blondynka spojrzała na mnie zdezorientowana z łzami w oczach.
- Nie, nie jestem zły... Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Świecie. I tak, może jestem troszkę przerażony, ale jestem pewien, że na 1000% sobie poradzimy. Myszka, tyle szczęścia, ile przydarzyło mi się z tobą przez te prawie pięć miesięcy... Ja nawet przez całe życie nie miałem tyle szczęści ile spotkało mnie z Tobą- powiedziałem z uśmiechem i pierwszy raz od tylu lat, poczułem pod powiekami łzy szczęścia.
Kiedy wyszedłem od dziewczyny mój mózg przestał kontaktować po angielsku i polsku, byłem w takim szoku, że jedyne co pamiętałem to francuski, a i tak miałem z tym jeszcze problemy...
Więc Polcia jeszcze raz poleciała do Mery, a ja siedziałem i po prostu nad tym myślałem. Boże, zostanę ojcem... Będę tatą... Moja Marysia jest w ciąży. Moja Marysia, moja Myszka, moje Kochanie... Nadal nie mogę w to uwierzyć...
Kiedy Pola wyszła podrzuciłem ją do domu i w sumie tam zostaliśmy w trójkę. Oczywiście ja nadal tylko miałem na języku francuski, przez co Mario się trochę wnerwiał, ale Polcia go zgasiła, po czym środkowy poszedł pod prysznic. Usiadłem z atakującą na kanapie.
- Nico, to wy teraz zrobicie?- zagaiła nagle Polcia.
- Szczerze? To nie mam zielonego pojęcia... Teraz najważniejsze, żeby nic nie stało się Mery i tej małej kruszynce.
- Tu masz rację- poparła mnie blondynka.- A potem?
- Naprawdę nie wiem Pola... Już samo to, że Mery jest w ciąży jest dla mnie szokiem, ale oczywiście tym pozytywnym... A co będzie dalej...? Zobaczymy... Wszystko zależy od niej, bo chcę żeby była szczęśliwa...
- Popieram Cię w tym- opowiedziała dziewczyna.- Za dużo już przeszła, żeby jeszcze teraz tracić to co ma...
- Właśnie...- spojrzałem na telefon, który zaczął wibrować.- Dasz mi chwilkę?
- Jasne, odbierz- dopowiedziała z uśmiechem dziewczyna.
Więc tak zrobiłem. Dzwonił Kevin, chwilę z nim pogadałem i wróciłem do kuchni. Zrobiłem z Polcią kolację, po czym ją zjedliśmy, posprzątaliśmy z Mariem, Polcia poszła się myć, a kiedy wróciła pożegnałem się z nią i ze środkowym i pojechałem do siebie.
Kiedy tylko otworzyłem drzwi przywitała mnie Bianka. Uśmiechnąłem się do niej i weszliśmy do środka. Usiadłem na kanapie i nadal nie mogłem uwierzyć, że już za osiem miesięcy nie będziemy sami...
(Mariusz)
Nie wierzyłem własnym uszom... To było niesamowite... Cały czas miałem to w uszach... Ale jaja... No dobra nie aż takie ale jednak. Kiedy poszedł od nas Nico, położyłem się obok Poli i od razu odpłynąłem. A co było tego skutkiem? No nic... Po prostu spać... A rano zostałem brutalnie wywalony przez Pole.
-Mariusz, Ty leniu śmierdzący! Wstawaj, jedziemy do Maryś! Więc ruszaj swoje sexi-flexi literki i do kuchni na śniadanie, a potem do łazienki! Masz na to wszystko 25 minut, a jeśli przekroczysz to będą kółka karne, czyli biegniesz do szpitala za samochodem!
Po czym zostałem zwalony z łóżka, ona zniknęła w łazience. Więc musiałem wstać i poszedłem zrobić to o co prosić. Znaczy rozkazała, bo prośbą raczej to nie było... Ale cóż. Poszedłem i to zrobiłem, a Pola... Nie uwierzycie chodziła i śpiewała... Kurde, takiego happy baer jeszcze nie widziałem. Kiedy się ogarnąłem, zostało mi jeszcze 10 minut, więc chciałem se jeszcze posiedzieć, ale niestety moja ukochana raczej nie chciała. Jak to powiedziała; mam zwijać manatki i jedziemy do szpitala. Więc zamknęliśmy mieszkanie i poszliśmy w kierunku samochodu, a potem Pola poleciała jak na skrzydłach do Marysi. Poszedłem za nią i wszedłem nie pewnie. Dziewczyny gadały ze sobą jak na jęte, że nawet nie zauważyły jak wszedłem. Siedziałem i się zastanawiałem, kiedy mnie zauważą... Jednak na nic... Serio... A wiecie po czym? Po Polci , która jak stwierdziła:
- No i gdzie jest ta menda leniowata... No ile można iść...
- Kochanie, siedzę tu  jakiś dobrych 20 minut... Tylko jesteś tak bardzo zagadane, że nawet mnie nie zauważyłyście...
-Cześć Mario! Miło Cię widzieć...
-Cześć Maryś! Mi Ciebie też, kiedy Cię wypuszczają?
-Prawdopodobnie jutro wieczorem, a co?
-Tak pytam i co teraz będzie?
- No nic... Wrócę do domu, będę na siebie uważać, no i będzie trzeba zrobić pokoik dla dziecka...
-Ale, że jakiego domu...
-No do mojego, a którego?- znikąd pojawił się Nico.
-A kto tak powiedział?
-Ja... Nie chce byś sama z tym została, zrozum...
-Nico, ale ja...
-To może my pójdziemy po coś do jedzenia?- wystrzeliła Pola i pociągnęła mnie za sobą.
Poszliśmy do bufetu i żadne się z nas nie odzywało. Woleliśmy ciszę i wpatrywanie się w siebie lub coś co znajduję się przy nas. Nie wiedziałem jak mam się odezwać. Ale w końcu ma się jaja, więc trzeba...
-O czym myślisz?- powiedziała Pola, no serio kochanie... Zawsze musisz mi przeszkodzić?
-Ja?
-No św. Elżbieta, no raczej, że Ty...
-O Marysi...
-Mam być zazdrosna?- powiedziała lekko obrażona.
-Tak i to bardzo! Oczywiście, że nie... Kocham Ciebie i tylko Ciebie... Ale myślę o innym znaczeniu, co teraz będzie...
-Yhm...
-Pola, Ciebie też to męczy, przecież widzę...
-No dobra... to prawda... męczy mnie to... Zastanawiam się czy będzie tak samo jak...
-Jak?- spytałem, kiedy się zacięła i przez parę minut się nie odzywała. -Pola? O cho chodzi?
-Przepraszam Mariusz, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Po czym wstała i chciała wyjść, ale ją zatrzymałem i stanąłem na przeciwko niej.
-Pola, dlaczego? Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko...
-Nie, tego nie mogę powiedzieć...
Próbowała się wydostać się z mojego uścisku, ale sorry jestem silniejszy...
-Pola, do jasnej cholery... O co chodzi?! Jeśli mnie kochasz to mi powiedz...- no ej... mamy mówić sobie wszystko, to chyba logiczne, że muszę postawić warunek.
-Mariusz, wiesz o tym bardzo dobrze, że Cie kocham - oho... zaraz się rozpłaczę, ale ja nie lubię kiedy płacze, ale muszę wiedzieć o co chodzi i co ją tak martwi...
-To mi to powiedz...- podeszłem jeszcze bliżej i spojrzałem w jej oczy.- Pola, ,proszę... O co chodzi?
Próbowałem wyczytać z jej oczu cokolwiek, ale znalazłam tylko bezradność, smutek i żal w oczach...
-Przepraszam nie mogę...
Spuściła wzrok i wybiegła z bufetu. A ja stałem przez chwile i zastanawiałem się o co chodzi. Dlaczego, przecież obiecywaliśmy sobie mówić prawdę, a on coś za mną zataja? No nie może tak być... Coś jest nie tak... Ale jeśli nie chce mówić to nie będę się prosić...
(Pola)
Wstałam wcześniej i poszłam się ogarnąć, bo bardzo chciałam jechać do Marysi. Zrobiłam śniadanie i zjadłam je, a potem przygotowałam kanapki dla Mariusza. Poszłam obudzić tego lenia. Poszłam i wzięłam kołdrę na ziemie i po czym delikatnie go zwaliłam z wyra i mówiąc co ma zrobić, ja w tym czasie uciekłam do łazienki i wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy, ubrałam się i zrobiłam delikatny makijaż, poprawiłam włosy i zaczęłam nucić piosenkę, która chodzi od jakiegoś czasu po głowie. Kiedy zobaczyłam, że mój bażant jest gotowy, poinformowałam go, że jedziemy już. Kiedy znaleźliśmy się pod szpitalem poleciałam do Marysi. Zaczęłyśmy plotkować, tak się zagadałyśmy, że nawet nie zauważyłyśmy, że Mariusz już jest i se tak jakoś ładnie go skomentowałam:
- No i gdzie jest ta menda leniowata... No ile można iść...
- Kochanie, siedzę tu  jakiś dobrych 20 minut... Tylko jesteś tak bardzo zagadane, że nawet mnie nie zauważyłyście...
-Cześć Mario! Miło Cię widzieć...
-Cześć Maryś! Mi Ciebie też, kiedy Cię wypuszczają?
-Prawdopodobnie jutro wieczorem, a co?
-Tak pytam i co teraz będzie?
- No nic... Wrócę do domu, będę na siebie uważać, no i będzie trzeba zrobić pokoik dla dziecka...
-Ale, że jakiego domu...
-No do mojego, a którego?- znikąd pojawił się Nico.
-A kto tak powiedział?
-Ja... Nie chce byś sama z tym została, zrozum...
-Nico, ale ja...
-To może my pójdziemy po coś do jedzenia?- wypaliłam na poczekaniu, a Maryś mnie spojrzała, tylko pytanie, czy z wdzięczności czy miała ochotę mnie zabić. No ale trudno...
Szyliśmy powoli, bo do końca nie wiedzieliśmy gdzie iść, ale co tam... W końcu znaleźliśmy i usiedliśmy przy stoliku. Zaczęła myśleć co będzie z Marysią... Mam nadzieję,  że Nico  nie okaże się takim draniem... Wiem, że zrobię wszystko by było teraz inaczej... Zaczęłam się zastanawiać o czym on myśli...
-O czym myślisz?
-Ja?
-No św. Elżbieta, no raczej, że Ty...
-O Marysi...
-Mam być zazdrosna?- powiedziałam niby obrażona...
-Tak i to bardzo! Oczywiście, że nie... Kocham Ciebie i tylko Ciebie... Ale myślę o innym znaczeniu, co teraz będzie...
-Yhm...
-Pola, Ciebie też to męczy, przecież widzę...
-No dobra... to prawda... męczy mnie to... Zastanawiam się czy będzie tak samo jak...- ugryzłam się w język, gdyż on nie wiedział nic o Dominiku...
-Jak?- spytał, kiedy się nie odzywałam. -Pola? O co chodzi?
-Przepraszam Mariusz, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Chciałam wyjść, żebym nie powiedziała, bo nie mogłam.. Nie chciałam. Zatrzymał mnie i stanął na przeciwko mnie.
-Pola, dlaczego? Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko...
-Nie, tego nie mogę powiedzieć...
Próbowałam się wydostać z jego uścisku, ale no nie jestem, aż taka silna...
-Pola, do jasnej cholery... O co chodzi?! Jeśli mnie kochasz to mi powiedz...- kuźwa, jak ja nie lubię takich warunków.. Mariusz no!!!
-Mariusz, wiesz o tym bardzo dobrze, że Cie kocham - czułam, że zaraz się rozryczę i wszystko mu wykrzyczę, ale nie mogłam...
-To mi to powiedz...- podszedł jeszcze bliżej i spojrzał w moje oczy.- Pola, proszę... O co chodzi?
Biłam się dosyć długo, czy mu powiedzieć, ale nie mogłam... Jeśli Maryś nie powie, to ja tym bardziej nie mogę...
-Przepraszam nie mogę...
Po czym wybiegłam z szpitala. Poszłam do parku i usiadłam na ławce, gdzie akurat była jakaś rodzinka. Kuźwa, czemu ja mam takie szczęście!!! No do cholery jasne... Siedziałam i patrzyłam jak rodzice zajmą się swoim synkiem. Źle się z tym czułam... Więc wstałam z tej ławki i poszłam do sklepu... Kupiłam potrzebne produkty i poszłam do Mańka mieszkania. Ogarnęłam trochę mieszkanie i zrobiłam mu kolacje. Napisałam mu kartkę, żeby czasami się nie martwił, bo chce być teraz sama. Poszłam do siebie. Kiedy byłam na klatce schodowej poczułam okropny ból na dole brzucha... O nie tylko nie teraz... Doczołgałam się do mieszkania i od razu do łazienki i co?
-Kurwa mać... Jebany okres...
Poszłam do pokoju wzięłam ciuchy i poszłam się umyć, po czym zrobiłam wszystko to co trzeba zrobić i błagałam w myślach, żeby Maryś miała coś przeciwbólowego... I znalazłam... Niby Ibum, ale on mi nie pomaga... Daje na chwile spokój, ale no co zrobić... Zrobiłam sobie herbatę po czym, kiedy ją opróżniłam, poszłam na swoje ulubione miejsce do rozmyśleń, czyli parapet... Zjadłam trochę Nutelli bo akurat miałam na nią ochotę i myślałam o nas... Zamknęłam oczy, żeby skupić się... Po czym usłyszałam, że ktoś wchodzi...

******************************************************************************************************************

Siemka wam wszystkim!
Przepraszamy za zwłokę, rozdział miał być w niedzielę,
ale wiecie, te emocje po meczu z Effectorem ;)
Więc mamy kolejny rozdział...
Trochę się rozjaśniło ale i znowu pojawiły się jakieś tajemnice...
Piszcie co sądzicie :)
Następny rozdział pojawi się pod koniec tygodnia, bo teraz to ja muszę się troszkę spiąć...
Jak do końca niedzieli go nie będzie macie oficjalne pozwolenie na 
potrzepanie moją osobą xD
Dobra kochani, miłego czytania i czekamy na komentarze ;)
Całują, Zuśka&Tośka ;***

niedziela, 12 lutego 2017

22

* trzy tygodnie później
(Mery)
Więc, wszystko jest piękne, różowe i w ogóle. Skrzaty wygrywają, Damian z Pawłem zostali skazani na trzy lata, a Damian jeszcze będzie miał procesy za gwałt i zabójstwo... Mam nadzieję, że posadzą go na dożywocie...
Między Polcią i Mariem znowu wszystko gra i wszystko jest ok. Między mną a Nico też jakoś się o dziwo układa. U Polci jest różowo, owszem, a my... No cóż... Często się kłócimy, ale niemalże zaraz po kłótni jest ok...
Ale muszę wam powiedzieć nowinę, więc uwaga. Słuchanie mnie? Nie no, to był taki żart, ale na pewno mnie słuchacie? Dobra, dość tych tajemnic, po wielu latach, a konkretniej po prawie czterech latach odnowiłam kontakty z tymi dwoma jełopami Igłą i Ziomkiem. W zasadzie nie wiem co się stało, że urwał nam się kontakt... Ale można powiedzieć, że jest dobrze, a nawet lepiej niż było...
Więc aktualnie siedziałam w swoim pokoju i kłóciłam się na Skypie z Teo kto ma do kogo przylecieć na sylwka. Oczywiście Pianuś wyciągał swoje argumenty, że Luca, Filippo, Dragan czy Ivan przyjeżdżają na sylwka do Włoch, ale ja miałam jeden podstawowy argument.
- Misiek organizuje sylwka- powiedziałam środkowemu na co ten zatarł ręce.
- Wiesz co, może jeszcze przedyskutuję to z chłopakami, bo jak Misiek robi imprezę to grzech nie skorzystać- odpowiedział ze śmiechem chłopka.
- No widzisz- odparłam i usłyszałam jak ktoś wchodzi do mojego pokoju, na sam jego widok na mojej twarzy zagościł jeszcze większy uśmiech.- Wiesz co, zgadamy się jeszcze potem bo mam gościa- dokończyłam patrząc na przyjmującego.
- Aha... Siemka Nico!- Zawołał chłopak po angielsku.
- Siema Teo- odpowiedział Francuz stając obok mnie.- Nie miej mi za złe ale porywam ci koleżankę.
- Jasne, a potem na chrzestnych będą pytać- powiedział udając oburzonego.
- Spoczko, tylko na trening, obiecuję, że wróci w stanie nieruszanym- odparł ze śmiechem brunet i wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
- No dobrze, tylko jej tam nie zabijecie...
- No ej, jestem na rozegraniu, nie przyjmuję ani nie bronię więc spokojnie.
- No niech ci będzie. Dobra, to trzymajcie się tam, a z tobą młoda damo jeszcze sobie pomówię.
- Tak jest ojcze- powiedziałam ze śmiechem.- Pozdrów tam wszystkich i trzymaj się.
- No ty też. Buziaczki pa.
- Pa- odpowiedziałam i się rozłączyłam.
Spojrzałam na Francuza który bacznie mi się przyglądał.
- No już mamusiu- powiedziałam zrezygnowana i ruszyłam swoje szlachetne cztery litery po torbę treningową.
Nico tylko się zaśmiał i bacznie mnie obserwował czy rzeczywiście biorę moją torbę. Kiedy tylko się spakowałam ruszyliśmy na halę. Co prawda byliśmy wcześniej, dużo wcześniej ale chciałam do porządku się rozgrzać, bo z tą rozgrzewką w towarzystwie tych ułomów to różnie bywa. Więc przebrałam się w mój strój, założyłam ochraniacze i z butami w ręce wyszłam na halę. Oczywiście ja, jak to ja usiadłam na podłodze i zaczęłam się "wczuwać" w miejsce. Kiedy chwilę posiedziałam zawiązałam buty i zaczęłam rozgrzewkę. Nie wiem ile się rozgrzewałam sama i kiedy Nico do mnie dołączył razem z Polcią. Cieszyłam się, że moja psiapsi znowu gra, bo wszyscy w końcu wiemy ile sprawia jej to radości. Ale wracając. Atakującą odrazu zauważyłam, ale byłam tak zamyślona, że dopiero kiedy przez przypadek wderzyłam w Francuza to oprzytomniałam.
- Sorki...
- Spokojnie Myszka, nic się nie stało.
- Na pewno?- Zapytałam, żeby się upewnić, bo wiem jaki jest Nico.
- Na 300%- odpowiedział i musnął moje usta, ale coś, a raczej ktoś musiał nam przeszkodzić.
- Ooooooooooooo... Jak słodko- powiedzieli równocześnie Misiek, Szampon, Kłosiu i Wronka.
Panie, daj mi do nich cierpliwość... Oboje tylko westchnęliśmy nad ich głupotą. Więc kiedy przyszła reszta była, dla mnie druga, dla nich pierwsza, rozgrzewka. Po podstawowych ćwiczeniach trener stwierdził, że zagramy sobie meczyk, a ponieważ nie chciał przemęczać Szampona i Uriarte to za tą dwójkę weszłyśmy z Polcią. Oczywiście grałyśmy po przeciwnych stronach siatki. Ja grałam z Wronką, Miśkiem, Facu, Marcelem, Piechem i Lisinacem a Polcia z Milczarem, Kłosiem, swoim kochanym Mańkiem, moim Nico, Marcinem i Cakim.
No nie powiem, nieźle był pomieszany pierwszy skład z drugim, ale jakoś udawało nam się grać bez najmniejszych przeszkód. Do czasu...
Kiedy mieliśmy przerwę miałam zamiar iść do Polci i z nią pogadać żeby pomogła mi przekonać Teo odnośnie tego sylwka, ale coś mi pokrzyżowało mój plan. A to coś to była ciemność przed oczami i to jest to, co pamiętam jako ostatnie...
(Nico)
Rozstaliśmy się z Mery przy wejściach do szatni. Stwierdziłem, że skoro mamy jeszcze trochę czasu to na spokojnie się przebiorę, więc tak zrobiłem... Na spokojnie przebrałem się w strój treningowy, założyłem ochraniacze i kiedy wiązałem buty akurat przyszła reszta zespołu.
- A ty co tak wcześnie Nico?
- A wiesz Misiek... Tak jakoś- odpowiedziałem przyjmującemu w ostatniej chwili gryząc się w język, że przyszedłem z Mery.- Wiecie co, ja już idę się rozgrzewać- dokończyłem i wyszedłem z szatni kierując się na halę.
Zobaczyłem, że rozgrywająca akurat się rozciąga więc pomyślałem, że może trochę pobiegam. Kiedy robiłem chyba dziesiąte kółko blondynka przyłączyła się do biegu. Trochę się zmartwiłem bo dosłownie nie kontaktowała, była tak jakby myślami gdzieś indziej, nie na hali, tylko w zupełnie innym miejscu. Coś nie było ok...
Dziewczyna "otrząsnęła się" dopiero kiedy przez przypadek wderzyła do mnie. Oczywiście, musiałem jej tłumaczyć, że na 300% się nic nie stało. Cała Maryś... Na potwierdzenie, że wszystko jest ok lekko ją pocałowałem ale musiały nam przeszkodzić te tłumoki jedne... No ludzie no, z kim ja żyję...
Ale wracając, po rozgrzewce podzieliliśmy się na dwa teamy, oczywiście znowu grałem przeciwko Mery. No ale nie powiem, dostałem od niej kilka czap. Dziewczyna bardzo lubi grać na granicy żółtej kartki. Wiecie, przedłużone spojrzenia w moim kierunku, które z zresztą sam odwzajemniałem. Kiedy była przerwa dziewczyna skierowała się do nas, ale nie udało jej się do nas przyjść bo w połowie drogi straciła przytomność.
Na całe szczęście na hali byli akurat Wojtek i Tomek, więc Wojtek się nią zajął, ale to nie oznaczało, że siedziałem spokojnie. Odrazu podbiegłem do blondynki. Była strasznie blada... Oczywiście nie obyło się bez wezwania pogotowia przez Tomka, na całe szczęście chociaż wcześnie przyjechało.
Kiedy tylko ją zabrali jeszcze w strojach treningowych pojechaliśmy razem z Mariem i Polcią do szpitala.
- Ale jak to nie może nam pani nic powiedzieć?!- Żołądkowaliśmy się w recepcji z rejestratorką kiedy usłyszeliśmy, że nie może nam udzielić żadnych informacji.
- Przykro nam, nie są państwo rodziną pani Błaszczyk, więc bardzo mi przykro, ale nie mogę udzielać informacji osobą spoza rodziny- tłumaczyła nam spokojnie pani w rejestracji.
- Ale ona jest sierotą, nie ma nikogo, ani rodziców, ani rodzeństwa, żadnej cioci, wujka, dziadków czy kuzynów, rozumie pani? Nic, zero, nul, jest całkowicie sama!
- Ja rozumiem pani zdenerwowanie ale naprawdę, musi to być ktoś z rodziny.
- Była żona jej chrzestnego, albo świadek z wesela chrzestnego może być?- Zapytała z nadzieją w głosie atakująca.
- Jeśli pani Błaszyk ma taką a nie inną sytuację to może być- odpowiedziała zrezygnowana rejestratorka.
- Dziękuję- odpowiedziała Polcia i zadzwoniła do kogoś.
Siedziałem jak na szpilkach... Nie miałem pojęcia co się dzieje, ani nie mogłem się dowiedzieć co się stało, bo jestem spoza rodziny. No co za non sens!!!
- Stary, będzie dobrze- powiedział Mariusz klepiąc mnie po ramieniu.
- Co będzie dobrze? Przecież my nawet nie wiemy co się z nią dzieje...- odparłem chowając twarz w dłoniach.
Przecież wszystko było ok, nic nie wskazywało na to, żeby coś się miało stać... Albo wcale wszystko nie było tak ok, a ja byłem kretynem i tego nie widziałem... Jak coś jej się stanie to nie daruję sobie tego.
- Może pani nie owijać w bawełnę tylko powiedzieć co się z nią dzieję?!- Usłyszałem znajomy głos po około godzinie czekania.- Nie, ale jestem przyjacielem jej świętej pamięci chrzestnego.
- Krzysiek... Ja jestem byłą żoną jej zmarłego chrzestnego, czy to pani wystarczy?- Nasłuchiwaliśmy z Mańkiem odpowiedzi ale jej nie usłyszeliśmy.- Dobrze, 316, możemy tam pójść?- Znowu cisza.- Rozumiem, a gdzie możemy go spotkać?... Czyli powinien tam być. Dziękujemy i przepraszam za kolegę- skończyła kobieta i usłyszeliśmy kroki w naszym kierunku.
No i kogo zobaczyliśmy? Krzyśka Ignaczaka, Łukasza Żygadło i jakąś kobietę, którą już gdzieś widziałem, ale nie wiem gdzie.
- Siema Igła, cześć Ziomek- przywitał się z nimi Mario.- Pani pozwoli, że się przedstawię, Mariusz Marcyniak, środkowy PGE SKRY, a to Nicolas Marechal, nasz przyjmujący.
- Miło mi was poznać, Agnieszka Gołaś- kiedy usłyszałem to nazwisko wszystko stało się jasne... Przecież to jest żona od jej kuzyna, czyli jej mogą powiedzieć wszystko, bo w sensie prawnym są rodziną.
- Nicolas Marechal- przedstawiłem się kiedy przyszła moja kolej. Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem ale nic nie powiedziała.
Więc kiedy wszyscy byli już ze wszystkimi po imieniu ruszyliśmy w poszukiwaniu wyznaczonego pokoju. Kiedy tam dotarliśmy akurat wychodził z niego lekarz. Agnieszka odrazu do niego podbiegła.
- Przepraszam, ja jestem kuzynką Marysi, co z nią?- Zapytała odrazu lekarza.
- Witam panią. Ogólny stan pacjentki jest stabilni, odzyskała przytomność, mamy również wyniki badań- kiedy usłyszałem, że już jest przytomna omal nie pokładałem się z radości.
- To wie pan czemu straciła przytomność?
- Owszem, ale to chyba sama pani wyjaśni. Jak pani chce, to może pani do niej wejść.
- A mogę zabrać jeszcze trzy osoby?- Zapytała brunetka a lekarz tylko spuścił głowę.- Proszę, to są osoby bardzo ważne dla niej, osoby które były z nią zawsze w najtrudniejszych momentach, jestem pewna, że ich wsparcie psychiczne bardzo jej pomoże w wyjaśnieniu tego, czemu straciła przytomność.
- No dobrze, niech pani będzie- odpowiedział zrezygnowany lekarz widząc, że nie zmieni decyzji pani Gołaś.
- Dziękuję- odparła z uśmiechem.- Igła, Ziomek, Polcia, chodźcie- powiedziała do trójki i zniknęli za drzwiami.
Czekanie na  moment kiedy wyjdą było katorgą... W mojej głowie snuły się najczarniejsze myśli... Po prostu bałem się o nią, i to bardzo... Po około dwóch godzinach wyszli z sali, cała czwórka.
- I co z nią?- Zapytałem zrywając się na równe nogi.
- Sama ci powie co się stało- odparła Polcia z uśmiechem.
Bez namysłu ruszyłem do jej sali. Dziewczyna leżała pod oknem bawiąc się naszyjnikiem, który dostał odemnie. Odrazu do niej podszedłem i usiadłem na brzegu łóżka.
- Wszystko w porządku Mycha?- Zapytałem widząc jej załzawione oczy.
- Po części tak...
- Po części?- Powtórzyłem zaniepokojony jej odpowiedzią.
- Nico, bo ja...
(Pola)
Siema kochani! Tęskniliście za mną? Co za głupie pytanie, no raczej że tak... Może wszystko po kolej, wiec tak... Wszystko sobie z Mariuszem wyjaśniliśmy i jest cacy majonez, oczywiście kłócimy się jak to w starych małżeństwach bywa  (nie, nie braliśmy ślubu, tak jakoś mi się powiedziało), ale szybko się godzimy, bo nie ma sensu i czasu na jakieś strojenie fochów i wielkie obrażanie księżniczki, księcia czy majestatu... sorry... to nie z nami...
Wiec tak leżę sobie beztrosko na łóżku i śpię, kiedy do pokoju wbija mi Mario... Zabiera mi kołdrę, co moja reakcja była jednoznaczna...
-Maniek, Ty pało jedna... Oddawaj mi tą kołdrę. Dzisiaj śpię i nawet nie próbuj mi przeszkodzić- ale na nic moje słowa, gdyż on se wyszedł z nią z pokoju i poszedł dalej.
No myślałam, że go uduszę... Poszłam za nim dopiero, gdy ubrałam na siebie jego bluzę i swoje babcine skarpetki... Wchodzę do salonu, gdzie leżała zabrana przez mojego pacana rzecz, po która sięgnęłam i chciałam iść ale on mi to uniemożliwił... a jaki sposobem? No a takim ze przerzucił mnie przez bark tak po prostu... I chyba dobrze ze byliśmy przed kanapa bo się zaplątał i jak by tu grzecznie powiedzieć... hm... Wywalił orla ale oczywiście razem ze mną... Zaczęliśmy się z tego śmiać. Po czym wstał, przykrył mnie i poszedł do kuchni, by po chwili wrócić z talerzem naleśników oraz z kakałkiem i Nutellą i dżemem wiśniowym i jeszcze z serkiem... nie no ja go uwielbiam...
- Czy ja mówiłam, że jesteś najlepszym boyem i ze Cie kocham?
-Teraz Boy tak? A przedtem jak to było? Pało jedna?
-Wiesz ze ten komentarz był nie potrzebny, prawda?
-Teraz już tak... Ja Ciebie też...
-Ale co Ty mnie też?
- No... Kocham a co?
-Aaa... Ja Ciebie też...- Po czym chciał mnie pocałować ale ja mu wepchłam do buzi naleśnika, na co zrobił zdziwioną minę, a ja mu wysłałam buziaka i wzięłam się za jedzenie...
Kiedy już je zjedliśmy, Maniek kazał mi się zwijać bo idziemy se pograć... Wiec ja jak z procy poleciałam do pokoju by się spakować, ubrać i szybko do łazienki i do kuchni.
- A Ty czego jeszcze nie gotowy? Już się ruszaj a nie... Dawaj, dawaj... Szybciej to już się moja babcia 90-cio letnia szybciej rusza niż Ty... - Po czym poszłam ubrać kurtkę i buty a on po chwili dołączył do mnie i pojechaliśmy na hale, gdzie spotkaliśmy chłopaków...
Poszłam się przebrać i zobaczyłam ze jest Maryś, wiec szybko się przebrałam i poszłam na hale. Dołączyłam do rozgrzewki. Potem zostaliśmy podzieleni, na moje nieszczęście grałam przeciwko Maryś. No ej no... hyhym... To nie fair... Wiec grałyśmy sobie i była przerwa i poszłam se usiąść, napiłam się wody i czekałam aż wejdziemy z powrotem na boisko ale raczej już nie, gdyż Maryś się rozjechała... No super no... Wystraszyłam się i pobiegłam do niej i próbowałam ja obudzić ale na nic... Wojtek próbował ją ocudzić, a Tomek wezwał karetkę, która przyjechała szybko i od razu pojechaliśmy za nimi. Oczywiście Mariusz prowadził, kiedy dolecieliśmy do recepcji by spytać się o Maryś wystąpiło pytanie
-Czy państwo z rodziny?
I zaczęły się schody... Nie mogła pojąć ze ona i ja nie ma rodziny... Że wychowywałyśmy się w bidulu. W końcu się wkurzyłam i spytałam:
- Była żona jej chrzestnego, albo świadek z wesela chrzestnego może być?
- Jeśli pani Błaszyk ma taką, a nie inną sytuację to może być- odpowiedziała zrezygnowana rejestratorka.
- Dziękuję.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Krzyśka, on jest ostatnią nadzieją, bo jak nie to ja już nie wiem nic... Odebrał dopiero za 3 razem, kiedyś to ja go uduszę za ten telefon.
-Przepraszam, ale ja...
-Igła, ja Ci zaraz dam nie odbierać od mnie telefonu. Guzik mnie to obchodzi masz 30 minut by znaleźć się w szpitalu na Czaplinieckiej, tego wojewódzkiego im. Jana Pawła II, bo mamy problem...
-Co się dzieje?
-Maryś jest w szpitalu i te ćwoki nie rozumieją, że straciła swoich rodziców i nie chcą nam udzielić informacji o niej... Igła ja tu zaraz wykituje...
-Pola ale ja nie jestem członkiem rodziny...
-Możesz bo byłeś świadkiem na ślubie Arka...
-Ok... dobra już jadę....
-Igła?
-Tak Polu?
-Czy Ty przywieziesz Age?
-Skąd wiedziałaś?
-Przeczucie... Masz 1h nie dłużej...
Oczywiście potem napisałam by jechał ostrożnie, bo nie chce by mu coś się stało...
Za nim przyjechał próbowałam się coś dowiedzieć ale na nic moje próby... Gdyby nie Mariusz chyba bym rozniosła ten szpital. Wyszłam ochłonąć a tu podjeżdża Igła z Ziomkiem i Aga... Podleciałam do nich i mocno przytuliłam.
- Dziękuję, że przyjechaliście... Jeszcze chwila a bym rozniosła to wszystko...
-Wiesz te korki, a tak bylibyśmy szybciej...- powiedział Ziomek.
Kiedy chciałam coś powiedzieć, czyli ze są głupi i maja szczęście, że ich nie złapała policja, zobaczyłam ze nie ma Krzyśka... Spojrzałam jednoznacznie na Age, która razem ze mną zaczęła biec od razu w kierunku wejścia. Jak się wcale nie myliłam był tam Igła, który zaczął się kłócić z ta babką... Ziomek odciągnął go, gdyż Aga nie miała jak go uspokoić. Jej przekazali na szczęście informacje gdzie jest i kto się nią zajmuje oraz gdzie go aktualnie znajdziemy... Po czym szybka akcja przedstawienia się kto i co i z językiem na wierzchu polecieliśmy do lekarza, który ja prowadził. Wypytaliśmy o wszystko i potem mogłam wejść do niej razem z Aga, Igła i Ziomkiem. A on to co nam przekazała to potem nie mogłam uwierzyć... Pytałam ja chyba z 100 razy czy to prawda, a odpowiedz była taka sama... Igła oczywiście zrobił się jakiś przewrażliwiony ale Ziomek stanął w obronie Marysi i przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. Aga z nią rozmawiała i wszystko wypytywała, a potem wszystko wróciło do normy i zaczęli się śmiać i żartować. Ja chyba pierwsza raz od dawana nie wiedziałam co powiedzieć... Wyszłam z tam tąd zamurowana. Nico od razu mnie dopadł i chciał wiedzieć co z nią jest, nic mu nie powiedziałam gdyż Maryś sama musi mu powiedzieć... Wiec poszedł niepewnie a ja co, no nic wtuliłam się w Mario
(Mariusz)
Kiedy Pola wyszła wiedziałem, że jest coś nie tak... ale kiedy się we mnie wtuliła to już się wystraszyłem. Zacząłem ja pocieszać.
-Hej Misia, wszystko będzie dobrze...
-Mariusz zamknij się i mnie po prostu przytul... Bo gadasz bez sensu...- odpowiedziało a mnie wcięło.
Czekałem tak długo aż mi powie co się dzieje, ale się chyba nie doczekam, kiedy Nico wyszedł to Pola wleciała do niej jeszcze... Nico był taki sam jak Pola kiedy wyszła za pierwszym razem, tylko, że do niej docierały moje słowa a do niego ani trochę... Zaczął mówić coś po swojemu... A ja nic nie rozumiałem... I trzeba było się uczyć jak kazali a nie teraz stoisz jak kolek i nie wiesz o co chodzi... Dałem sobie spokój, potem wyszedł Igła z Ziomkiem... A Ci to dopiero jak na haju... Boże... O co chodzi... Dopiero z kim mogłem chociaż trochę porozmawiać to była Agnieszka ale dowiedziałam się tyle co z tąd do Portugalii... A tak serio to nic, tylko rada BĄDŹ CIERPLIWY... No kurde... Całe życie jestem... Po jakieś 1h wyszła Pola, a dokładnie to została wyrzucona przez pielęgniarkę, gdyż skończył się czas odwiedzin... Nico powoli wstał i ruszył do samochodu, Pola tylko cicho wyszeptała czy idziemy i czy mógłbym ja podwieść do mieszkania. No oczywiście, że to zrobiłem. Kiedy byliśmy już poszliśmy wszyscy razem na górę. Nico dalej śnił na jawie, Pola zaczęła nucić pod nosem... WTF?! Nie wiem co mam robić... A najgorsze jest to ze Pola mówi po francusku... Zapomniałem powiedzieć Pola interesuje się językami (tymi do mówienia jak coś) i zna już niemiecki, grecki, koreański, no francuski i angielski ale to jak mówiła były najgorsze których mogła uczyć ale trudno i zna też olaboga rosyjski... Życie nie wybiera, teraz uczy się hiszpańskiego i portugalskiego... Nie wiem po co ale dobra... No i ja tak siedzę w kuchni, a Pola nagle zaczyna śpiewać sobie... Ja na nią patrze i takie o co chodzi, a ona, że powie mi wkrótce albo Maryś mi powie... No to ok... Ale spojrzałem na nią a ona z tekstem:
- Tak ze mnie tego nie wyciągniesz, wiec możesz śnic, a Nico zapomniał języka wiec jedynie to francuski, wiec życzę powodzenia...- No i takim sposobem moja własna dziewczyna mnie zgasiła.
Poszedłem do łazienki żeby się umyć i kiedy wychodziłem podsłuchałem kawałek rozmowy i to co usłyszałem ścięło mnie z nóg... Wpadłem do tej kuchni i takie
-To prawda?!
-Ale co?- spytała Pola.
-To, że Mery jest...
-Tak...- przewała mi Pola. - Jeśli komuś powiesz to gwarantuje ze urwę Ci jaja i przywieszę do czoła...
-Obiecuje nikomu nie powiedzieć...
-Mam nadzieje...- odpowiedziałem, po czym pomogłem przy kolacji, oczywiście ją zjeść i posprzątałem razem z Nico, bo Pola poszła się kąpać...

******************************************************************************************************************

Cześć wszystkim!
Mam nadzieję, że jeszcze ktoś z nami jest...
 Przepraszamy za obsuwkę, ale wiecie, szkoła nie daje żyć...
Nie chcemy się zbytnio tłumaczyć, bo chyba każda osoba z LO nas zrozumieją, a jak się do tego jeszcze doda to, że Tośka chodzi do SMS'a, a ja jeszcze do muzycznej, to tego czasu jest naprawdę nie wiele... 
Ale dobrze, nie wiemy kiedy pojawi się następny rozdział... 
Trzeba po prostu śledzić bloga.
Nie wiemy czy to będzie jeszcze w tym miesiącu czy w marcu, kwietniu, czy kiedy...
Naprawdę nie mamy zielonego pojęcia...
JEŚLI KTOŚ TU JESZCZE JEST PROSIMY PO PRZECZYTANIU O KOMENTARZ CZY MAMY PISAĆ DALEJ!
Więc miejmy nadzieję, że do zobaczenia w następnym rozdziale.
Buziaki Tośka&Zuśka ;*

sobota, 31 grudnia 2016

21

(Mariusz)
Po buziaczku poszedłem do szatni, gdzie się przebrałem i wtedy uświadomiłem sobie, że przecież mój telefon ma Pola, a miała do mnie pisać Magda, moja siostra. Jestem bardzo z nią zżyty, bardzo za nią tęsknie, tak samo jak za rodzicami. Dzisiaj miałem przedstawić moim rodzicom Pole. Wiedziałem, że to ta jedyna, dlatego chciałem ją postawić przed faktem dokonanym. Nawet spakowałem ją, bo wiedziałem, że by na coś takiego się nie zgodziła, ale jak już tam będziemy to, na początku mnie wyzwie od różnych, potem się troszkę pofoczy, ale potem będzie już cycuś  - glancuś... Oczywiście chłopki się ze mnie śmiali, że bez Poli nie potrafię funkcjonować, co po części jest prawdą... Nie mogłem ich słuchać więc wyszedłem,a oni za mną. Weszliśmy na parkiet i zauważyłem Pole, która miała dziwną twarz. Mam nadzieję, że Magda nie wysłała wiadomości. Jeśli tak to będę mieć przechlapane... No nie musiałem długo czekać... Pola zeszła i zaczęła czytać SMS... Dzięki Magda...
-ILE MOŻNA CZEKAĆ NA CIEBIE? RUSZAJ SWÓJ ZADEK I PRZYJEŻDŻAJ, TĘSKNIE I BUZIACZEK... Do jasnej cholery wytłumacz mi kim jest Magda!!! Co może kuzynka?! Marcyniak jesteś świnią... Myślałam, że mnie kochasz, że szanujesz... A Tobie chodziło tylko o jedno, by mieć kurę domową, prawda?! By kogoś po bzykać, gdy nadzieje ochota, a że teraz nie chce dać Ci dupy, to chodzisz po jakiś kurwach, tak?! Wiesz idź się lecz chłopie na nogi bo na głowę już dawno za późno...
Po czym rzuciła we mnie telefonem i wybiegła. Odblokowałem i miałem rację, że to moja siostra. W tym momencie chciałem ją zabić i to serio... Po czym krzyknąłem, że to moja siostra, ale mnie nie usłyszała. Więc poleciałem i jej już nie było. Próbowałem do niej dzwonić, ale to na nic... nie odbierze od mnie teraz telefonu... Jak znam życie to zaraz wleci Maryś i ona zrobi mi gnój... Obracam się i kogo widzę? No Maryś...
-Powiesz mi o czym mówiła Pola?!
-Maryś uwierz mi Magda to moja siostra... Naprawdę... Napisała tak, bo miałem przyjechać dzisiaj z Polą do moich rodziców... Proszę Cię pomóż mi...
-Nie kłamiesz?
-No nie... Zobacz to ona...
Pokazałem jej nasze zdjęcie, które mam w telefonie.
-Faktycznie, jesteście do siebie podobni, ale chce usłyszeć jej głos...
-Maryś...
-No co... Chce się upewnić, że nie kłamiesz... Raz miałam taką sytuacje, że o mało nie straciłam jej... Więc chce mieć pewność stu procentową...
No co miałem zrobić... No zadzwoniłem i włączyłem na głośno mówiący.
-Cześć Młody, kiedy będziecie?
-Cześć, słuchaj jest sprawa...
-Co jest?
-Bo wyszła mała niespodziewana sytuacja...
-Co masz na myśli?
Wytłumaczyłem jej co się stało.
-Sorry Młody... Nie chciałam...
-Nie ok... Ale jest tutaj koleżanka i chciała by coś Ciebie spytać, może?
-Jasne... Cześć, jestem Magda Marcyniak, siostra tego bałwana...
-Dzięki Magda...
-Do usług...
-Hej, jestem Maryś, przyjaciółka Poli...
-Miło mi Ciebie poznać, spokojnie jestem siostrą tego bałwana i nie masz o co się martwić... Nie chciałabym nigdy tej mendy, nawet nie wiadomo jak bogaty by był, czy jedynym facetem, kijem bym go nie tykała i nie mówię to jako siostra tylko kobieta, bo jednak żyłam z nim dobre 17 lat więc serio...
-Magda... Dzięki, Ty wiesz jak mnie pocieszyć...
-Dobra... Dasz mi numer do Poli? Może uda mi się do niej dodzwonić i z nią pogadać...
-Nie wiem czy odbierze... Ale spróbować możesz...
Podałam jej numer i czekałam na odpowiedź...
(na potrzeby tej historii perspektywa Magdy, siostry Mariusza)
Kiedy odpowiedziałam na parę pytań, które zadała mi ta laska, po prosiłam o numer do tej dziewczyny... No troszkę nabroiłam, ale skąd mogłam wiedzieć, że ten bałwan da jej swój telefon... No cóż trudno... może odbierze od mnie, więc poprosiłam, by podał mi jej numer telefonu i będę próbować... Kiedy dostałam zadzwoniłam parę razy, ale bez żadnego skutku. Zadzwoniłam jeszcze do brata i przekazałam mu, że będę próbować za chwile jeszcze raz bo dziewczyna nie odpowiada...
(Mariusz)
*kilka godzin później
Zaczynałem się martwić co się dzieje z Polą, bo mi się to wcale już nie podobało, coraz bardziej się denerwowałem, nie odbierała od nikogo telefonu. Nawet od Maryś... Siedzimy wszyscy razem i dostajemy szału.
-Może pojadę do mieszkania, bo może tam jest...- powiedziała Maryś.
-Poczekaj pojadę z Tobą... Nie powinnaś prowadzić...- odezwał się Francuz.
Nic nie odpowiedziała tylko kiwnęła głową. Zostałem sam... No dobra nie tak sam, bo był ze mną Janusz... Siedziałem na podłodze i wpatrywałem się w okno. Ciszę przerwał mój telefon, który leżał obok mnie. Spojrzałem na wyświetlacz "MAMA" nie miałem ochoty z nikim rozmawiać.
-Marcin proszę odbierz i wymyśl coś, nie mam siły teraz z nimi gadać, a potem napiszę do Magdy by mnie kryła...
Nic nie odpowiedział, tylko wziął telefon i odebrał telefon.
-Dzień Dobry Pani Marcyniak... A leży tutaj z Polą bo się trochę rozchorowali, miałem właśnie dzwonić do Pani i przekazać, że nie dadzą rady przyjechać... Spokojnie nie muszą państwo przyjeżdżać, ja już się nimi zająłem... Tak, byli u lekarza mają leżeć w łóżkach przez parę dni i wszystko będzie dobrze... Tak na prawdę nie ma czym się martwić, jest wszystko pod kontrolom... Do widzenia, życzę miłego dnia...
Po czym położył mój telefon na szafkę.
-Dzięki, że odebrałeś...
-Spoko... Ale wiesz, że prędzej, czy później będziesz musiał odebrać i powiedzieć wszystko?
-Wiem, ale chociaż teraz dadzą mi spokój... Podasz mi telefon po proszę Magdę by mnie kryła...
-Jasne...
Podał mi urządzenia a ja zadzwoniłem do Magdy i szybko ją poinformowałam o wszystkim i po prosiłem by trzymała rodziców w domu, by nie przyjeżdżali do mnie do puki wszystko się nie ułoży...
Siedziałem tak dobre kolejne kilka godzin, zadzwoniłem do Maryś, czy może Pola coś się odzywała, ale nie... Powiedziała, że jedzie do Łodzi zobaczyć jeszcze czy tam gdzieś jej nie ma...
Zaczynam się nie pokoić, gdzie ona może  być... Proszę Pola!!! Odezwij się... Błagam...
Nie wiem ile tak siedziałem, ale dosyć długo, że ścierpłem, spojrzałem na zegarek i dochodziła 22.38. Wstałem i poszedłem się umyć, kiedy wracałem do kuchni, zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na niego i był tam zastrzeżony numer. Wziąłem telefon i go odebrałem.
-Halo?
(Pola)
A potem była ciemność. Nie pamiętam nic, odkąd wyszłam z budynku. Jakiś worek chyba na głowie i mocne walnięcie w brzuch i chusta usypiająca, zrobiła swoje...
Więc obudziłam się, nawet nie wiem po jakim czasie... Siedziałam cicho, by chociaż dowiedzieć się gdzie jestem, by wezwać pomoc... I po chwili wiedziałam, że jestem w samochodzie, wiecie jeśli macie oczy zakryte to nic nie widać... Raczej siedziałam. Nie zmieniałam pozycji, gdyż wolałam nie wiedzieć co mnie czeka jakbym się ruszyła.
-Czemu się nie budzi?-usłyszałam, dziwnie znany mi głos.
-Poczekaj jeszcze chwile, zaraz się obudzi...- odpowiedział mu inny głos i też dziwnie znany...
What the fuck?! O co tu chodzi... Albo ja zwariowałam, albo słyszę tego idiotę Damiana i tego kretyna odmiany idiotów Pawła. Miałam ochotę ich zabić... Niech tylko mnie rozplączą, to zabije na miejscu. Chyba się zatrzymaliśmy bo czuje, że się ruszali. Ktoś otwiera drzwi i bierze mnie na ręce. To był Paweł... Wszędzie rozpoznam ten obrzydliwy zapach... Siłą woli próbowałam nie zrzygać się na niego... Szyliśmy chwile a potem zostałam rzucona na kanapę... Potem odwiązali mi oczy...
-Może tak grzeczniej? Nie łaska?!
-O i nasza księżniczka się obudziła... Witamy, witamy...- powiedział z sarkazmem Damian.
-Miło nam widzieć śliczną buzinkę... - dodał Paweł po czym mnie pocałował w policzek, a ja go oplułam, za co dostałam po twarzy.
-A mi nie... Czego chcecie od mnie debile...
-A może grzeczniej?
-Haha... Nie doczekanie twoje..
-Mówisz? Żebyś się nie zdziwiła...
-Zostawiam Cię na chwile... Zaraz wrócę... Do zobaczenia księżniczko...
-Nara idioto! Żeby coś Cię przejechało...
-Ależ Ty zabawna...
Po czym wyszedł ten idiota Damian. Zostałam sama z tym drugim idiotą... Szczerze to wolałabym tamtego, bo temu jeszcze mogłam jakoś nastukać, a ten jest nie obliczalny...
-Może mnie rozwiążesz?
-A po co? Żebyś mi uciekła księżniczko? Nie ma opcji...
-Szczerze to muszę do łazienki, ale jak chcesz to mogę się zesikać... Więc jak wolisz...
-No dobra...
Rozwiązałam mi nogi, a ręce trochę rozluźnił. Zobaczyłam, że jakiś telefon leży na stole... A przed nim jest wazon, może jakoś uda mi to tak zrobić nie zauważył...
Szłam blisko tego wazonu. Strąciłam go tracąc niby równowagę, a ten się wkurzył.
-Co robisz idiotko?!
-Nie dawno było księżniczko...
-Nie wkurwiaj mnie...
-Oczywiście... Poprawię swoje zachowanie... Ale wiesz miałam w gipsie nogę i nie doszła jeszcze do siebie... A że teraz była nieruchoma to tym bardziej nie mogę złapać równowagi...
Kiedy ten zbierał kwiaty z wazonu, które były nawet ładne, bo lubię czerwone róże, ale wracajmy do akcji... Chwyciłam szybko telefon i schowałam go do spodni i przykryłam koszulką. Kiedy już ogarnął w miarę, zaprowadził mnie do łazienki.
-Czy mógłbyś mi przynieść bluzę? Bo wiesz zimno mi.. Ciepło tu nie macie...
-No dobra... Tylko bez numerów...
-Przypominam, że w łazience nie ma okna i mam związane ręce...
-Niech Ci będzie...
Więc kiedy weszłam do łazienki zamknęłam drzwi od łazienki na klucz. Na szczęście nie był na zamek, żeby mógł go otworzyć. Wybrałam szybko numer do Maryś, bo go znałam na pamięć.
-Błagam odbierz. - odebrała jak na zawołanie.
-Ha..- przerwałam jej.
-Maryś to ja Pola, słuchaj zostałam porwana, proszę zgłoś to gdzieś... Telefon będzie włączony. Proszę pośpiesz się, za nim coś mi zrobią... Niech też będą cicho, bo jak się dowiedzą, że zadzwoniłam to na bank coś mi się stanie, proszę, błagam...
Po czym się rozłączyłam, akurat kiedy zapukał do drzwi Paweł.
-Mam bluzę, ile można sikać?
-Bo wiesz... to grubsza sprawa... Zaraz wyjdę... Dokładnie to za chwilkę, poczekasz tu na mnie? Bo mnie noga boli i nie mogę jakoś stanąć na niej...
-No dobra...
Usunęłam ostatnie połączenie i zostawiłam włączony telefon, żeby nie było... Po czym szybko wsadziłam go do spodni i od kluczyłam łazienkę i wyszłam.
-Czemu się zakluczyłaś?
-Skąd mogę wiedzieć co przyjdzie do tej twojej łepetynki.
-Jak zawsze skromna...
-Nie jestem sobą, taką za nim mnie zmieniłeś.
-Przestań...
-Nie... wcale... zbierałam się tyle lat po Tobie! Chciałam nawet zostać zakonnicą, zjebałabym se życie... Ale się cieszę, że wszystko wróciło... Spotkałam fantastycznego mężczyznę, który mnie kocha i szanuje, dba...
-Przestań! Nie mam zamiaru tego słuchać... Jesteś tu po to, aby teraz nam się odpłacić...
-Niby czym? To Wy powinniście się nam odpłacać...
-Jak tak bardzo chcesz...
Po czym rzucił mnie na kanapę...
-Mówiłam, żebyś kład mnie delikatniej...
-Oczywiście księżniczko, czego se tylko życzysz... Pozwól, że ładnie przeproszę...
-No mógłbyś... Przynieś mi szklankę wody...
-Ja mam coś lepszego...
-Nic mi nie możesz zaoferować...
-Myślisz? Chcesz się przekonać?
-Ja nie muszę myśleć ja to wiem...
-No to się zdziwisz...
Po czym wyszedł, a ja w tym czasie odłożyłam telefon na miejsce i wróciłam na miejsce. Chwile później wrócił z szklanką wody i mi ją dał. A jego uśmiech na twarzy sprawiał dziwne wrażenie.
-Masz...
-Yyy... Dzięki...
Mam w naturze, że wącham coś za nim się napije i wyczułam, że ta woda jest jakaś dziwna...
-Czemu nie pijesz? A no tak najpierw trzeba powąchać bo mogę Cię zatruć... Taa... Bo nieżywa bardziej mi się przydasz niż nie żywa...
-Czego Ty odemnie chcesz?
-Jak to co... Kasy od tego twojego chłoptasia... Myślisz, że nie widziałem co on z Tobą robi?
-Obserwowałeś nas?
-Ph... Chcesz zobaczyć co robi teraz twój chłoptaś?
-Że co?
Po czym włączył laptop i pokazał mi Mariusza... Kiedy go zobaczyłam, rozpłakałam się... Biedny nie wiedział co ma ze sobą zrobić, zobaczyłam tam jeszcze Marcina, Mary i Nico... Teraz uświadomiłam sobie jak bardzo mnie kocha i że nie mógłby tego mi zrobić...
-Dlaczego mi to pokazujesz?
-A tak sobie, wiesz...
Zapomniałam nawet o tej wodzie i się jej napiłam. Po czym on zabrał mi lapka i położył na stolik, ale cały czas widziałam go. A ten tak na pstryknięcie mnie położył. Nie opierałam się bo nie miałam sił... Do tego kręciło mi się w głowie, ale byłam świadoma... jeszcze chwile...
Zaczął mnie rozbierać. Starałam się jakoś go od mnie odciągnąć, odepchnąć, ale coraz bardziej na mnie napierał... Nie wiedziałam co mam zrobić... Błagałam, żeby ktoś coś zrobił. Nie musiałam długo czekać bo usłyszałam tylko krzyk:
-Policja, zostaw ją!
Po tym straciłam jakikolwiek kontakt...
(Mery)
Po wyjaśnieniu całej sytuacji z Mariuszem zaczęłam się naprawdę martwić... Może będzie w mieszkaniu... Miejmy nadzieję...
-Może pojadę do mieszkania, bo może tam jest...- powiedziałam spokojnie.
-Poczekaj pojadę z Tobą... Nie powinnaś prowadzić...- odezwał się Francuz.
Nie protestowałam, wiedziałam, że ma rację. Ręce tak mi się trzęsły, że nie dałabym rady nawet prosto prowadzić samochodu...
Więc najpierw pojechaliśmy do naszego mieszkania.
- Ja sprawdzę nasze pokoje i łazienkę a ty gościnny, kuchnie i salon ok?!- Zawołałam do Nico jak tylko weszliśmy do mieszkania.
Przeszukaliśmy całe mieszkanie w zdłóż i w szerz... Pudło, nie było jej... Polcia gdzie ty możesz być?! Boże, gdyby Łukasz tu był... ŁUKASZ! Przecież ona może być u niego!
- Nico!- Przyjmujący odrazu pojawił się koło mnie.- Jedziemy do Łodzi.
- Myślisz, że może tam być?
- Tak myślę, a jak nie, jest tam osoba, która nam może pomóc- odpowiedziałam, po czym wyszliśmy, zamknęłam mieszkanie i pojechaliśmy do Łodzi.
Pokazałam Nico gdzie ma jechać. Kiedy tylko podjechaliśmy pod dom naszego znajomego z Bidula. Kiedy zobaczyłam jego dom powróciły te nieliczne miłe wspomnienia z bidula... Podeszłam do bramy nie czekając na Marechala i zadzwoniłam. Chwilę czekałam i nagle w domofonie odezwał się głos jakiejś kobiety.
- Słucham.
- Dzień dobry, jest może Łukasz Ciechociński?
- Oczywiście, proszę wejść- odpowiedziała i otworzyła się bramka.
Weszłam na posesję dawnego kolegi... Swoją drogą nawet nie wiem czy mnie pamięta... Najgorzej jeśli mnie nie pamięta...
Ale wracając, kiedy byłam w połowie drogi drzwi wejściowe otworzyły się i zobaczyłam wysokiego blondyna ubierającego pośpiesznie skórzaną kurtkę. Na moją twarz wkradł się nikły uśmiech.
- Marysia, rany Boskie, ile ja cię już nie widziałem, coś się stało?- Zapytał odrazu na powitanie i zamknął mnie szczelnie w swoim uścisku.
- Ciebie też miło widzieć Ciechan, powiedz mi, nie ma u ciebie Polci?
- Nie, a co się stało?
- Wybiegła z hali i przepadła jak kamień w wodę...
- To może poszła do domu?
- Byłam tam, nie ma jej. Nie ma też możliwości, że na piechotę uciekła tak daleko w tak krótkim czasie, a żadne autobusy tam nie jeżdżą o tej godzinie...
- Spokojnie, wejdź...- zaciął się kiedy zobaczył mojego towarzysza.- Wejdźcie do środka, coś wymyślimy- odpowiedział z uśmiechem i zaprowadził nas do salonu.
Kiedy tam weszliśmy zamurowało mnie...
- Jesteś detektywem?
- Powiedzmy- odpowiedział z uśmiechem chłopak.- A my się chyba nie znamy- teraz zwrócił się do Nico.- Łukasz Ciechociński- powiedział podając przyjmującemu rękę.
- Nicolas Marechal- odpowiedział Francuz odwzajemniając uścisk ręki.
- Przepraszam- powiedziałam cicho i wyszłam z pokoju, bo rozdzwonił mi się telefon...
-Ha...- nie skończyłam bo ktoś mi przerwał.
-Maryś to ja Pola, słuchaj zostałam porwana, proszę zgłoś to gdzieś... Telefon będzie włączony. Proszę pośpiesz się, za nim coś mi zrobią... Niech też będą cicho, bo jak się dowiedzą, że zadzwoniłam to na bank coś mi się stanie, proszę, błagam...- powiedziała moja przyjaciółka się rozłączyła.
Wiedziałam co mam zrobić. Wróciłam szybko do salonu.
- Łukasz, jesteś w stanie namierzyć pewien numer telefonu?
- Jasne, a co, masz jakieś podejrzenia?
- Nie teraz jestem pewna jednej rzeczy- odpowiedziałam i podyktowałam blondynowi numer telefonu.
- Proszę, to jest adres. Polcia tam jest?
- Dzwoniła mi z tego numeru. Powiedziała, że ktoś ją porwał i nie wie co mogą z nią zrobić i że mamy być dyskretni, bo nie wiadomo co knują.
- To zróbmy tak, wy pojedziecie na spokojnie do Bełchatowa, ja wezmę kilku chłopaków i zajmiemy się tą akcją, jak wszystko będzie opanowane to po was zadzwonimy ok?
- No sama nie wiem...- powiedziałam bez przekonania. Bałam się o nią i o to, że policja coś spaprze...
- Mycha, zaufaj mi, obiecuję, że wszystko będzie dobrze- powiedział blondyn chwytając mnie za ręce.
Wiedziałam, że czeka mnie trudna rozmowa z Nico na temat naszej skomplikowanej relacji, ale teraz było dla mnie ważniejsze to, żeby znaleźć Polcię całą, żywą i zdrową...
Po skończonej rozmowie pożegnaliśmy Łukasza i poszliśmy do samochodu. Usiadłam na miejscu pasażera i czekałam kiedy przyjmujący rozpocznie swój wywód... Nie musiałam długo czekać, bo kiedy tylko opuściliśmy osiedle na, którym mieszkał Ciechan...
- Powiesz mi kto to był?- zapytał "lekko" poirytowany Nico.
- Łukasz Ciechociński...
- Tyle to sam wiem- odburknął brunet, czyli mam przechlapane...- I nic więcej mi nie powiesz?
- To co chcesz wiedzieć?
- Czemu jakiś gościu cię przytulał i traktował jak swoją dziewczynę...
- Nico...- zaczęłam niepewnie, bo wiedziałam, że ciężko mu to będzie wytłumaczyć.- Łukasza poznałam w bidulu... Był odemnie i od Polci starszy o dwa lata... Na początku się go bałyśmy, bo wiadomo, starszy, silniejszy, zawsze chciał zostać policjantem... Zmieniło się to wtedy kiedy pewnego dnia nasi "koledzy" chcieli się zabawić naszym kosztem a Łukasz nas obronił. I od tamtego czasu się zaprzyjaźniliśmy... Ciechan jest dla Polci jak Teo dla mnie... Czyli on jest dla niej jak starszy braciszek, dla tego tu byliśmy, a przytulał mnie temu, że nie widzieliśmy się od czasu pogrzebu Dominisia... Mogło ci się wydawać, że traktuje mnie jak dziewczynę, bo jesteśmy dla siebie trochę jak rodzeństwo i po prostu jak przystało na starszego brata martwi się o mnie i troszczy- odpowiedziałam swojemu chłopakowi.
Oczywiście nie doczekałam się odpowiedzi... Francuz był wpatrzony w drogę przed sobą, a z jego twarzy nie dało się nic wyczytać, była jak u rzeźby albo jakby była z kamienia... W samochodzie ciążyła by całkowita cisza gdyby nie radio i piosenka Céline Dion - That's The Way It Is... W sumie, taka troszkę pasowała do tej sytuacji... Bo w sumie, ja go kocham, on mnie, jest "to coś" między nami, ale ciągle coś jest pod górkę...
- Przepraszam- powiedział Francuz zatrzymując się na skrzyżowaniu i opierając głowę o kierownicę.- Traktuję cię jak swoją własność a nie mam do tego najmniejszego prawa bo jesteś wolnym człowiekiem i żołądkuję o to co jest teraz najmniej ważne... Jestem skończonym kretynem...
- Nico nie mów tak...
- A jak się inaczej mam nazwać? Mam do ciebie wąty o twojego przyjaciela, który przeszedł z tobą więcej niż ja, a tak na prawdę powinienem się skupić na znalezieniu Poli...
- Nico, w życiu bym o tobie tak nie pomyślała...
- To jak byś mnie nazwała w takim razie?
- Osobą zazdrosną- odpowiedziałam i zobaczyłam nikły uśmiech na jego twarzy.
- Może rzeczywiście jestem o ciebie za bardzo zazdrosny... A przecież nawet nie mamy do końca wyjaśnione tego czy jesteśmy razem czy nie... Ale to nie jest kwestia na teraz, teraz najważniejsza jest Pola...
- Czyli jedziemy do Maria?
- Myślę, że tak...- odpowiedział przyjmujący i nastała cisza, ta cisza, której tak nie znoszę...
Ale ze względu na to, że oboje nie wiedzieliśmy jak ją przerwać po prostu milczeliśmy... Więc kiedy minęliśmy znak z napisem BEŁCHATÓW byłam uradowana. Podjechaliśmy pod blok Marcyniaka i poszliśmy do jego mieszkania.
Kiedy go zobaczyliśmy łzy stanęły mi w oczach. Siedział na sofie taki bezradny, jak małe dziecko... Nie wiedziałam czy mam mu powiedzieć o tym spotkaniu i telefonie czy se to darować i poczekać na telefon od Łukasza...
- Mariusz- zaczęłam cicho, ale przerwał mi środkowy...
- Jestem debilem... Zwykłym Idiotom...
- Nie mów tak- powiedziałam surowo siadając koło niego na kanapie.
- To jak mam się nazwać?! Gdybym miał choć trochę rozumu uprzedził bym ją, że moja siostra ma do mnie napisać... Może potoczyłoby się to inaczej i byłaby teraz tu z nami... Jestem zwykłym idiotą- powiedział chowając twarz w rękach.
Już chciałam mu coś powiedzieć, ale rozdzwonił mi się telefon... To był Łukasz. Szybko poszłam odebrać... To co usłyszałam niemalże zwaliło mnie z nóg...
(Nico)
Czy byłem na nią zły? Tak... Nawet nie wie jak trudno jest mi utrzymać nerwy na wodzy jeśli widzę jak jakiś obcy facet przytula ją i trzyma za ręce, ale mniej więcej mi to wyjaśniła... Niby jest ok, wiem, że nie powinienem jej tak traktować ale jestem o nią chorobliwie zazdrosny... Ale wracając, byliśmy u Maria i Mery już mu miała odpowiedzieć na jego samokrytykę ale rozdzwonił jej się telefon. Zostaliśmy sami... Ani Marcin ani ja nie mieliśmy pojęcie co powiedzieć... Mario był porządnie podłamany... Zawsze uśmiechnięty, a teraz taki bez  życia, jakby ktoś pozbawił go duszy...
- Chłopaki chodźcie- powiedziała Mery wychodząc z kuchni.
- Nigdzie nie idę...- opowiedział zrezygnowany Marcyniak.
- Nawet do Polci?- Zapytała podnosząc brew.
Na to imię środkowy zerwał się z kanapy i zabrał kluczyki od auta, ale oczywiście zwinęła mu je Marysia, bo jak stwierdziła, Mario jest zbyt denerwowany, żeby prowadzić. Oczywiście, przez całą drogę chłopak ją pośpieszał. Kiedy dojechaliśmy na obrzeża miasta do jakiś starych domów wiedziałem, że coś jest nie tak...
Kiedy tylko "zaparkowaliśmy" dziewczyna ze środkowym wyskoczyli z samochodu i pognali do domu na przeciwko nas. Nie pozostało nam z Marcinem nic innego jak tylko pójść za nimi. Weszliśmy do tego domu i zobaczyliśmy jakiś dwóch mężczyzn skutych, kilku policjantów i Łukasza, który gadał z Polcią. Swoją drogą dziewczyna nie wyglądała dobrze. Była jakby obudzona w środku nocy, owinięta kocem, z poszarpaną koszulką... Nie wyglądała dobrze...
Spojrzałem na Marysię. Podbiegła do niej i ją mocno przytuliła, Polcia coś jej powiedziała do ucha a blondynka zmierzyła wzrokiem dwójkę mężczyzn którzy stali pod ścianą w kajdankach.
Pierwszy raz zobaczyłem w oczach rozgrywającej czystą nienawiść. Dziewczyna ruszyła w kierunku tych mężczyzn.
- Kochanie chcesz mnie uratować?- Powiedział ten wyższy.
- Oczywiście...- odpowiedziała przesłodzonym głosem i wymierzyła mu siarczystego policzka, tak mocnego, że aż na końcu budynku było słychać.- To za Polę- po tych słowach dostał drugiego policzka.- To za mnie- po tych słowach dostał jeszcze raz w ten sam policzek co na początku.- A to za Dominika- dokończyła przez zaciśnięte zęby. Normalnie byłem z niej dumny...
Zobaczyłem jak policjanci chcieli interweniować ale powstrzymał ich Łukach tylko kiwając głową, że nie warto. Dziewczyna wróciła do mnie mamrocząc coś pod nosem i trzymając się za prawy nadgarstek. Kiedy tylko do mnie podeszła zamknąłem ją w moich ramionach...
- Ostrzegam cię, to mała podstępna żmija i kurwa- powiedział w moją stronę chłopak którego spoliczkowała.
- Jak ją nazwałeś?!- Zawołałem po angielsku i już miałem do niego ruszyć i dać po raz kolejny po jego krzywej mordzie, ale powstrzymała mnie Maryś.
- Nico, nie warto... Chcesz sobie przez takiego dupka zmarnować życie?- Zapytała łapiąc mnie za twarz i kierując tak, żebym na nią spojrzał.
To był jej plan, który poskutkował. Od razu się uspokoiłem i poraz kolejny zamknąłem ją w objęciach. Nie wiem jak to możliwe, że tak na mnie działała... Jedno spojrzenie, jeden maleńki gest, chociaż by dotknięcie mojej dłoni i przechodzi mi cała złość... Może temu, że ją kocham...
Więc, kiedy policja zawiozła tych idiotów na komisariat my pojechaliśmy do szpitala, bo Polcia miała mieć jakieś badania. Kiedy z jej sali wyszedł lekarz. Oczywiście odrazu Mario wystartował co z nią i takie tam... Kiedy okazało się, że wszystko jest ok, było błaganie czy może do niej wejśc... Doktor nie był przychylny ale w końcu się zgodził i wszedł do niej.
Mery odrazu podeszła do szyby ale tak żeby jej nie widzieli. Po chwili wróciła do mnie z promiennym uśmiechem na twarzy.
- Co się stało?- Zapytałem zdezorientowany.
- Pogodzili się- odpowiedziała z jeszcze większym uśmiechem.
- To może wrócimy do domu, co ty na to?
- A co tam będziemy robić?- Zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Dużo ciekawych rzeczy- wyszeptałem w jej usta i pocałowałem ją.
(Mariusz)
Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić... Chodziłem w te i we te. Boże, Pola proszę odezwij się... Chociaż powiedz że jesteś. Bardzo proszę... Boże zrób coś...
Siedziałem nieruchomo na kanapie aż przyszła Maryś. Obwiniałem się za to wszystko, Maryś próbowała mnie pocieszyć ale to na nic... Wiedziałem, że to moja wina... Wiedziałem, że coś zaraz mi zrobi ale uratował nas telefon Maryś... Dziewczyna poszła odebrać a ja myślałem, że się uduszę zaraz... Potem przyszła Maryś i zaczęła mówić że mam się zbierać, na co nie miałem ochoty... Ale jak powiedziała jeden konkretny wyraz, a dokładnie imię "Pola" to zerwałem się z miejsca i zaczęłam się ubierać w biegu. Chwyciłem kluczyki, ale po chwili zostały mi zabranie przez blondynkę. Popatrzyłem na nią zdziwiony.
  -Nie będziesz prowadził w takim stanie! Chcesz zobaczyć Pole ale w jednym kawałku? To lepiej daj ja poprowadzę.
Wiedziałem, że ma rację, wiec się nie odzywałem... W samochodzie siedziałem jak na igłach  (i nie chodzi mi o Ignaczaka), cały czas pospieszałem dziewczynę. Chciałem już zobaczyć moja Pole... Kiedy dotarliśmy na miejsce, była tam policja... Myślałem, że zaraz serce mi wyskoczy z piersi lub przejdzie gardłem... Kiedy tylko samochód się zatrzymał wsiadłem razem z Maryś i polecieliśmy. Zobaczyłem Pole, która rozmawiała z jakiś gościem. Była przykryta kocem. Jej koszulka była cała poszarpana.  I do tego cala blada... Moja Pola... Chciało mi się ryczeć jak dziecku... nie wiedziałem co mam zrobić...Obróciłem się i zobaczyłem jakiś gości pod ścianą to pewnie oni jej to zrobili. Miałam ochotę ich zabić... Ale uprzedziła mnie w tym Maryś... Podeszła i zdzieliła jednemu z nich. No no, ma przyłożenie... Po czym poszła do Marechala i się wtuliła. Nie wiedziałem czy mam podejść do niej czy nie. Stałem tak i patrzyłem na nią jak jakiś idiota... On też potem zobaczyła mój wzrok. Patrzyliśmy tak na siebie dobre kilka minut, do puki nie powiedzieli, że mamy Pole zabrać na badania czy wszystko jest na pewno w porządku.
Siedziałem chyba kolejny raz na szpilach  (żeby nie było że na igłach). Chociaż teraz bardziej spokojnie chociaż nie... Ale teraz wiem ze jest Pola nie daleko mnie i żadne niebezpieczeństwo jej już nie grozi... Kiedy wyszedł lekarz, od razu poleciałam i zacząłem wypytywać o Pole. Gdy powiedział mi ze jest z nią wszystko w porządku, poprosiłem bym mógł do niej wejść. Oczywiście się zgodził, więc bez zastanowienia pobiegłem do niej.
Wszedłem lekko speszony. Leżała na ostatnim łóżku, przy oknie. Dobra może i były dwa łóżka ale no... spojrzała w moim kierunku. Nie wiedziałem czy mam zacząć czy nie. Stałem w tym progu jak jakiś kretyn.
-Będziesz tak stał i się patrzył? Czy może ruszysz swój zgrabny zad i mnie pocałujesz?
Nie wierzyłem w to co usłyszałem od razu poleciałam i na początku delikatnie, bałem się, że mogę jej coś zrobić, ale potem pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny.
(Pola)
Prawie straciłam przytomność, gdyby nie Łukasz. Od razu go rozpoznałam. Chwilę jeszcze posiedziałam, kiedy Ci kuli jednego. Po czym przyjechał Damian. Zrobili małą zasadzkę na niego. Kiedy już to zrobili, podeszłam do Pawła. Przykucłam przed nim i chwile patrzyłam na niego.
- Czemu ja byłam taka głupia, ale muszę Ci podziękować, bo zrozumiałam swój błąd. Straciłabym faceta, na którym mi zależy bez granicznie... Jedyne do czego się przydałeś. Chociaż coś, nie?
Po czym uśmiechałam i podeszłam do Łukasza. Podziękowałam mu za wszytko. Po czym zjawiła się Maryś. Rzuciła się na mnie.
-Czy to oni Ci zrobili?- wyszeptała.
-Tak, doładowania to Paweł, Damian nie było...
Po czym się odsunęła i poszła do tych pacanów. Po czym to co zobaczyłam zszokowało mnie. Maryś w pięknym stylu zdzieliła temu idiocie w twarz. Byłam z niej dumna. Po czym poleciała do Marechala. Nie ukrywam byłam trochę zazdrosna, ale no cóż... Chociaż ciesze się ze jest wszytko między nimi dobrze. Widać, że się kochają.
Czułam wzrok na sobie i to bardo znany mi... Obróciłam się w jego stronę i patrzyliśmy sobie w oczy, dosyć długo. I dziękuję Bogu, że Łuki to przerwał, bo pewnie żaden z nas nie odważyła by się ruszyć jako pierwszy. Kazał mi jechać na badania, by sprawdzili, czy wszystko jest w porządku. Mówiłam mu, ze jest wszystko ok, ale nieeee... Dla świętego spokoju pojechałam. Oczywiście miałam racje. Po czym siedziałam i wpatrywałam się przez okno. Usłyszałam jak ktoś wchodzi.  Obróciłam głowę i widziałam ze stoi tam jak ciota, bo nie wie jak się zachować w tej sytuacji... Eh... znowu Pola musisz brać wszystko na siebie.
- Będziesz tak stał i się patrzył? Czy może ruszysz swój zgrabny zad i mnie pocałujesz?
Nie musiałam długo czekać na reakcję, bo po chwili był już przy mnie. Na początku muskał delikatnie moje usta, ale z czasem pogłębiał go. Ale wszystko przerwał lekarz. Mówiąc że ma dla mnie wypis i ze mogę się zbierać. Podziękowałam mu za opiekę tak samo jak Mario. Po czym ubrała się i wyszliśmy z szpitala. Stwierdziliśmy ze się przejdziemy bo i tak daleko on nie mieszkał. Kiedy byliśmy przed klatką, wziął mnie na ręce i niósł aż do samego mieszkania. Kiedy znajdowaliśmy się już u niego. Chwilę cieszyliśmy się sobą, dosłownie, a dlaczego chwile? Już mówię.  Przyszedł do nas Łukasz. Kiedy rozmawialiśmy opowiedziałam mu o kamerach i poprosiłam by je pousuwał. Wiec przyszedł to zrobić. Jaki kochany. Potem pojechaliśmy do mojego mieszkania i tam też znaleźliśmy parę. Po czym nas opuścił. Prosiłam by został ale ten, że musi wracać, wiec nie zatrzymywałam.
Przez to ze oboje jesteśmy leniami to zostaliśmy u mnie. Oglądaliśmy filmy i jedliśmy kanapki przygotowane przez nas. Po czym ładnie się wykąpaliśmy  (ale spokojnie osobno) i poszliśmy spać (ale tu już razem, i tylko spać... bez żadnych skojarzeń mi tu)...

******************************************************************************************************************

Hejka wszystkim.
Mamy nadzieję, że ktoś jeszcze tu jest...
Przepraszamy za taką przesuwkę, ale wiecie...
Szkoła jak i brak weny trochę nam to wszystko skomplikowało...
Mamy nadzieję, że się nie gniewacie...
KOMUNIKAT!!!
Nie mamy zielonego pojęcia kiedy pojawi się następny rozdział...
Może się okazać, że już jutro, za tydzień, albo dopiero za dwa,
a nawet w przyszłym miesiącu, bo inaczej nam przypadają ferie...
Więc czekamy na jakikolwiek komentarz, po tak długiej nie obecności...
Mamy nadzieję, że ktoś tu jeszcze w ogóle jest...
Jeśli ktoś czekał i się doczekał prosimy o komentarz, bo po tak długim czasie,
jest to nam bardzo potrzebne, żebyśmy wiedziały, że jeszcze w ogóle mamy dla kogo pisać...
Więc z góry dziękujemy i do zobaczenia (miejmy nadzieję, że już nie długo)
Buziaczki Tośka&Zuśka

sobota, 5 listopada 2016

20

   (Mery)
   Obudziłam się wtulona w Francuza. Pierwszy raz tak się czułam. Naprawdę szczęśliwa, jak nigdy od ponad siedemnastu lat... Uśmiechnęłam się widząc jak przyjmujący słodko śpi. Nie chciałam go budzić więc z trudem wyplątałam się z jego objęć, ubrałam najważniejsze części mojej garderoby na które narzuciłam koszule Nico.
W takim oto stroju udałam się do kuchni. Nastawiłam wode na kawę i włączyłam radio.
Dzień Dobry Bardzo, W Radiu ZET
Kochani witamy was bardzo serdecznie w "Dzień dobry bardzo w Radio ZET"!
Dzisiaj mamy piękny, wrześniowy dzień.
Więc serwujemy wam po tej godzienie 9 najlepsze przeboje!
Na początek piosenka, która dla wielu jest prawdą.
Belinda Carlisle - Heaven Is A Place On Earth.
   Po tych słowach rozległy się pierwsze dźwięki tej wspaniałej piosenki. Uwielbiałam ją, ale nie za często ją śpiewałam, bo tewierdziam, że życie ma Ziemi to piekło, ale teraz... Właśnie teraz... Co zrobić z tym faktem...?
   Zapomniałam, o czym myślałam, kiedy przyszedł drugi refren. Oddałam się muzyce i zaczęłam tańczyć śpiewając i kszątając się po kuchni w bliżej nieokreślonym mi celu, to znaczy miałam zrobić kawę, ale teoretycznie...
   Więc kiedy tak się dobrze bawiłam, poczułam jak ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam się i zobaczyłam bruneta opartego o futrynę drzwi w samych spodniach. Stał tam i uśmiechał się tak promniennie jak wtedy, kiedy zgodziłam się pójść z nim na tą kawę...
   - Długo tu stoisz?
   - Od jakiejś minuty- odpowiedział nadal się uśmiechając.
   - Przepraszam, że musiałeś widzieć ten popis wokalny i taneczny- powiedziałam i czułam jak się rumienię i to tak, że burak to przy tym pikuś, pan Pikuś...
   - Nie masz za co przepraszać, masz piękny głos- odparł i podszedł do mnie bliżej łapiąc mnie w tali.- A dodając do tego tą wspaniałą kreację... Oczu nie mogłem oderwać- wymruczał, a ja znowu zrobiłam się czerwona.
   Podniosłam swój wzrok na Francuza. To byłaby taka piękna chwila, ale przerwał nam ją czajnik. Oboje zaczęliśmy się śmiać. Nico poszedł zalać kawę, a ja poszłam jeszcze się rozejrzeć po domu. Nurtował mnie ten pokój gościnny, w którym nigdy nie byłam.
   Oczywiście ciekawość zwyciężyła i tam weszłam. Było tam ogromne łóżko i... Fortepian? Skąd on ma fortepian? Zresztą nieważne... Podeszłam do tego pięknego instrumentu i otworzyłam klapę, którą był przykryty. Wyglądał na dobry stan, ale był tylko jeden sposób by się o tym przekonać. Usiadłam na stołku i zaczęłam grać pierwszy utwór, który przyszedł mi do głowy, a było to Little Atlantic Rhapsody od Georga Nevady. Nie wiem czemu to, tak jakoś mi się to przypomniało... Byłam w szoku, że jeszcze pamiętam jak sie gra na fortepianie... Kiedy skończyłam ten utwór, ręce same zeszły na akordy od Imagine od John'a Lennona.
   Przypomniało mi się to jak Arek mnie uczył to grać... Kiedy zaczęłam śpiewać nie potrafiłam się powstrzymać od łez. To była moja ukochana piosenka, bo to zawsze mi powtarzał Arczi, że jestem marzycielką, nie jedyną i mam sie tego nie wstydzić, bo jednak nie każdy umnie tak wspaniale marzyć jak ja...
   Kiedy skończyłam grać zamknęłam oczy... Poczułam jak ktoś się do mnie dosiada. Wiedziałam kto to, więc nie otwierałam oczu.
   - Nie wiedziałem, że grasz.
   - Bo nie grała chyba z cztery lata...
   - Chodziłaś do muzycznej?
   - Nie, byłam i w sumie jestem samoukiem...
   - Grasz jeszcze na czymś?
   - Na skrzypcach, puzonie, gitarze, basie, perkusji...
   - O puzon bym cię nie posądzał- powiedział ze śmiechem.
   - No widzisz, a jednak- odpowiedziałam i pokazałam mu język, co wywołało u niego wybuch śmiechu.
   Pierwszy raz widziałam go takiego uśmiechniętego. Tak naturalnie się śmiejącego... To był wapaniały widok, ale musiał nam go ktoś przerwać dzwokiem do drzwi...

   (Nico)
   Obudziłem się i odwróciłem głowę a tu... Pusto... Nie, nie, nie... Tylko znowu nie to... Wyskoczyłem z łóżka, szybko ubrałem dolną część mojej garderoby i wyszedłem z sypialni. Usłyszałem jak ktoś krząta się po kuchni. Podeszłem tam i oparłem się o futrynę w drzwiach. A kogo tam zobaczyłem? No Maryś, moją kochaną. No dobra, może jeszcze nie tak do końca moją...
   Ale wracając, dziewczyna "chodziła" po kuchni i śpiewała. Boziu jaki ona ma cudnu głos... A w co była ubrana? No w moją koszulę... Ale nie powiem, świetnie w niej wyglądała... Normalnie, aż zabrakło mi słów jak ją zobaczyłem... Więc to co się stało to nie był tylko pięknym sen, to była rzeczywistość...
   Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i zastygła z czymś alla uśmiech i zaskoczenie na twarzy.
   - Długo tu stoisz?- Zapytała zdezorientowana.
   - Od jakiejś minuty- odpowiedziałem chyba trochę bardziej rozanielonym głosem niż bym chciał...
   - Przepraszam, że musiałeś widzieć ten popis wokalny i tanecznym- powiedziała i zobaczyłem jak robi się czerwona.
   - Nie masz za co przepraszać, masz piękny głos- odparłem i podszedłem do niej bliżej łapiąc blond rozgrywającą w tali.- A dodając do tego tą wspaniałą kreację... Oczu nie mogłem oderwać- wymruczałem a ona znowu zrobiła się czerwona. Nie powiem, ślicznie wyglądała z tym rumieńcem.
   Już chciałem ją pocałować, ale przeszkodził nam czajnik! Oboje wybuchliśmy śmiechem, a ja poszedłem zalać kawę. Kiedy tylko to zrobiłem to tego Maleństwa nigdzie nie było. Nagle usłyszałem jak ktoś gra na fortepianie. No nie wierzę...
   Poszedłem do gościnnego i kogo tam zobaczyłem? No Mery... Akurat śpiewała Imagine. Nie dość, że ma piękny głos to jeszcze pięknie gra... Kiedy skończyła usiadłem koło niej. Dowiedziałem się, że gra jeszcze na skrzypcach, puzonie, gitarze, basie i perkusji, do tego jest samoukiem, no podziwiam...
   Kolejna wspaniała chwila przerwana, tym razem przez dzwonek do drzwi... Tylko westchnąłem i poszedłem je otworzyć... Osoba, którą tam zobaczyłem sprawiła, że coś we mnie zadrżało.
   - Cześć, nie wpuścisz mnie do środka?- Zapytała dziewczyna z nosidełkiem w ręce.
   - Cześć, czego chcesz?- Zapytałem oschłym tonem, mimo że coś we mnie pękło.
   - A czemu mówisz takim tonem, skarbie?
   - Z tego co mi wiadomo nie jesteśmy razem...- powiedziałem przez zaciśnięte zęby, bo lepszego momentu sobie nie mogła wybrać.
   - Ale jeszcze możemy być...
   - Nie, nie możemy- przerwałem jej stanowczo.- Po co przyszłaś?
   - Myślałam, że inaczej mnie przyjmiesz...
   - Nie po tym co mi zrobiłaś.
   - Nico przepraszam...
   - Posłuchaj mnie Vanessa... To jest zamknięty etap w moim życiu, więc proszę cie, daj mi spokój, dobrze?- Powiedziałem to najdelikatniej i najłagodniej jak tylko mogłem.
   Dziewczyna pokiwała głową i wyszła. Czego ona chciała? Nie powiem, zdziwiło mnie to, że wie gdzie mieszkam i to małe dziecko w nosidełku... Nie, ostatni raz widziałem ją jak byłem ponad trzy lata temu w Francji, a to maleństwo miało ze trzy miesiące, ono nie mogło być moje...
   - Nico?- Usłyszałem głos blondynki.
   - Mówiłem, że  mam swoje za uszami i nie jestem święty.
   - Czy to...
   - Moja była, ale nie moje dziecko- po tych słowach było widać jak schodzi z niej całe napięcie.-Jeśli pozwolisz, wytłumaczę Ci to.
   - Oczywiście- opowiedziała dziewczyna.
   Skierowaliśmy się na kanapę i zacząłem swoją opowieść.
   - Więc Vanessę poznałem jak grałem jeszcze w Cannes. To było szybkie zauroczenie i równie szybkie rozstanie... Poznałem ją po meczu, byliśmy ze sobą jakieś sześć, siedem miesięcy... Po pewnej imprezie obudziłem się a jej nie było... Tak poprostu odeszła bez słowa... Dzisiaj kiedy się obudziłem bałem się, że to się powtórzyło jak Cie nie było obok mnie... Ale na całe szczęście nie odeszłaś- powiedziałem i chwyciłem ją za rękę.
   - Bałeś się, że zostawię cię po tym co się stało?
   - Tak... Bałem się, że będzie tak jak z Nessą... Bo było podobnie jak wczoraj, z tym, że my wracaliśmy wtedy z imprezy...
   - Nico... Ja nawet nie byłabym w stanie cię zostawić po tym co się stało- powiedziała cicho dzieczyna.
   - Czemu?
   - Bo pierwszy raz od siedemnastu lat byłam z kimś szczęśliwa i nie bałam się jakiegokolwiek uczucia- odpowiedziała blondynka.
  Zrobiło mi się tak jakoś cieplej... Bałem się, że przesadziłem wczoraj, ale chyba nie...
   - Jest jeszcze coś...- Zaczęła niepewnie.
   - Mianowicie?
   - Ja wiem o tobie tak dużo, a ty tylko tyle, że jestem sierotą, moi rodzice zginęli w wypadku, tak samo jak mój chrzestny...
   - Mery, jeśli nie chcesz...
   - Chcę- przerwała mi.- Pytanie czy ty chcesz mnie wysłuchać...
   - Jasne- opowiedziałem jej pewnie.- Tylko mam jedno pytanie...
   - Jakie?
   - Kim jest Dominik?- Po tym zapytaniu zobaczyłem jak oczy jej się szklą.- Przepraszam, ja...
   - Nic się nie stało- przerwała mi po raz kolejny.- Na to pytanie chyba nie odpowiem bez towarzystwa łez... I tak Ci chciałam o nim powiedzieć...- Odparła cicho.- Po tym jak Damian mnie zgwałcił wpadłam prawie w depresje... Zaczęłam się ciąć, nie umiałam sobie dać ze sobą rady... Miałam kilka prób samobójczych... Po ostatniej, kiedy podciełam sobie żyły lekarz mi powiedział, że to cud, że i ja i dziecko przeżyliśmy. Nie wiedziałam o co mu chodzi, ale potem zajażyłam, że musiałam zajść w ciąże...- przerwała, żeby otrzeć łzy.- Ja na początku chciałam aborcji, ale potem stwierdziłam, że dziecko nie jest niczemu winne, pozatym, jakbym chciała mieć jeszcze dzieci to mogłabym mieć problemy z donoszeniem ciąży i takimi tam... Więc potem stwierdziłam, że oddam je do adopcji, ale z każdym kolejnym USG coraz bardziej się w nim zakochiwałam, aż wkońcu doszłam do winiosku, że nie chcę, żeby przechodził przez to samo co Pola i ja, więc kiedy się urodził stwierdziłam, że się nim zaopiekuję... Nazwałam go Dominik i oczywiście wszystko ok do czasu... Kiedy SKRA grała sparing w Bełchatowie z Asseco, Krzysiek Ignaczak przysłał mi wejściówki, bo to był zamknięty mecz. No i poszłam na niego, oczywiście, uparłam się, że piechotą, bo Igła miał po mnie wyjść... Kiedy byłam pod halą spotkałam Damiana... Zaczęłam się z nim kłócić, mały się obudził i zaczął płakać. Damian się zdenerwował i...- przerwała, żeby znowu otrzeć łzy i się trochę uspokoić.- On się zdenerwował i udeżył w wózek, a on się wywrócił. Oczywiście Krzysiek widział całe zdarzenie i zadzwonił gdzie trzeba... Ale to nic nie pomogło, bo policja uznała to za nieszczęśliwy wypadek, a Dominik zginął na miejcu...
   - I nic mu nie zrobili, nawet grzywny, zawiasy?- Dopytywałem z niedowierzaniem.
   - Nic... Jego rodzice są prawnikami, mają wtyki wszędzie... Ale wracając... Był to dla mnie dzień, który znienawidziłam podwójnie...
   - 16 września- wyszeptałem sam do siebie...
   - Dokładnie- odpowiedziała cicho Mery.- Ale to nie koniec...- Spojrzałem na nią z pytajnikiem w oczach.- Po tym wpadłam w całkowitą depresję... Miałam kolejne próby samobójcze, aż wkońcu wylądowałam na oddziale psychiatrycznym ze względu na głęboką depresję... Grzebałam się z niej długi czas, ale czasem wraca... Zwłaszcza 16 września i od 11 do 18 lipca... Przez dwa pierwsze lata po śmierci małego w tym czasie lądowałam w szpitalu, ale od dwóch lat mam w miarę spokojne życie- skończyła i zapadła cisza...
   - Mery- przerwałem ten niezręczny moment.- Obiecuję...
   - Nico nie chcę obietnic... Chcę żebyś poprostu był- powiedziała cicho, a ja nie wiedziałem co mam powiedzieć, bo idealnie czytała mi w myślach.
   - Będę- opowiedziałem i pocałowałem ją.
   Było tak pięknie, ale chyba nikt nigdy nie da nam spokoju. Tym razem rozdzwonił się telefon dziewczyny. Jak się okazało dzwoniła Pola, więc musiała już jechać. Kiedy ją odwiozłem nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem biegać. Kiedy wróciłem umyłem się, przebrałem i poszedłem na trening.
   Oczywiście jak się okazało były też tam dziewczyny, bo nie miał kto się zająć Arkiem i Olim. Więc padło na nie.
   - A wy co łobuzy małe, ciocie teraz męczycie?- Zapytałem chłopaków trochę łamanym polskim.
   - Wujku przestań... Nie męczymy- opowiedział Arek.
   - No nie, wcale- odgryzła się Mery.
   Spojrzałem na nią i zobaczyłem na jej szyj naszyjnik, który dostała ode mnie. Nie umiałem się powtrzymać. Wziąłem blondynkę w ramiona i namiętnie pocałowałem. Miałem gdzieś, że wszyscy się na nas gapią.
   - Nawet nie wiesz jak się cieszę- wyszeptałem lekko się od niej odsuwając.
   - Mówiłam Ci, że zauważysz- odpowiedziała MOJA Mery i przytuliła się do mnie.
   Moja Mery... MOJA MERY!!! Jak to cudnie brzmi...

   (Mariusz)
   Spało nam się tak dobrze, po prostu bosko. Gdyby nie jeden mały incydent...
   -A Wam nie za dobrze czasami?! No patrz Paula... Co oni z naszym synem robią...
   -Czego jape drzesz? No śpią se...
   -Właśnie jestem w swoim domu- powiedziała... Pola??? No dobra była zaspana, ale żeby aż tak?
   -Że gdzie jesteś? - zapytał Szampon, czyli chyba nie tylko ja to słyszałam...
   -No w domu i chyba mogę się wyspać, tak?
   -Ale powiedziałaś, że w swoim... A chce zauważyć, że jesteś u Maria...
   -Że gdzie jaaa... A no fakt... No dobra w domu mojego chłopaka, pasuje?
   -No lepiej...
   -Mi pasowało to pierwsze...
   -Mario nie odzywaj się...
   -No co... Kiedyś tak będziesz mówiła...
   -do tego mamy jeszcze dużo czasu...
   -Eee... Ludzie koniec! Arek idziemy?
   -Hy...- dopiero teraz przebudził się chłopak.- Nie... zostaje z ciocią Polą...
   -Arek... Ale ciocia Pola jest zmęczona i też musi sie przygotować na uczelnie i te sprawy...
   -Yyy... Tato dzisiaj sobota...
   -To ciocia ma pracę...
   -Szampon, ja mam pracę?
   -Ona ma pracę i nic nie wiem...
   -Mariusz ale ja nie mam...
   -No ja myślę...
   -Ale miałbyś problem, gdybym miała?
   -No wiesz, ja nie chce byś zarabiała, bo to facet ma utrzymywać rodzinę...
   -O nie mój drogi... O mnie decydować nie będziesz... Nie będziesz mnie utrzymywał! To moja sprawa czy pracuję, czy nie... Moja sprawa...
   -Nie kochanie, to też moja...
   -Czy Ty do jasnej chol... No... Nie potrafisz zrozumieć, że nie będziesz mnie utrzymywał!
   Po czym wstała i wyszła z sypialni.
   -Yyy... To my bedziemy się chyba zwijać... Arek...
   -Już idę tato...
   No Mariusz to teraz masz przejebane. Super... Wstałem i poszedłem do kuchni, gdzie siedziała na parapecie i piła MLEKO?! What?! czyli musze się dużo o niej nauczyć... Oj bardzo...
   -Pola...
   -Co?! Moze jeszcze sobie w życiu nie poradzę, tak? Może nie powinam siedziec na parapecie, bo spadne...
   -Kochanie, proszę nie nakręcaj się... Źle to ująłem, przepraszam... Tak, to jest twoje życie i nie powinienem się za bardzo mieszać, tylko chciałbym być chociaż częścią niego...
   Po czym spuściłem głowę. Czekałem na jej reakcje, no i nie musiałem długo czekać, bo już po chwili poczułem jej dłoń na moim policzku.
   -Mariusz... Przepraszam, nie powinam tak wybuchać... Wiem, że chcesz dla mnie dobrze, ale ja nie potrafię się do tego jeszcze przyzwyczaić... Wyszłam z bidula, gdzie nauczyłam się radzić samemu...    Teraz pojawiłeś się Ty i jest mi trudno się odzwyczaić, że mam kogoś, ze komuś zależę i że jest przy mnie... trudno jest mi ufać, ale wiem, że Ciebie kocham nad życie... i nie potrafiłabym przestać... Mariusz, musisz dać mi czas, bym mogła się nauczyć żyć z kimś... Dasz mi czas? Jesli nie to zrozumiem...
   -Pola, dam Ci tyle ile chcesz bo Ciebie kocham i chce Ci pomagać.
   -Dziękuję, że jesteś...
   -I będę.
   Po czym ją pocałowałem. No ale nie nacieszyliśmy się sobą długo, bo po chwili już było słychać, no kogo? No Szamona...
   -Ooo... Jakie to słodkie, aż się wruszyłam... Ale serio teraz... Arek się pyta, czy może zostać z Wami jeszcze trochę...
   -Mi tam nie będzie przeszkadzał, fajnie nawet się wczoraj bawiłem...- stwierdziłem zgodnie z prawdą.
   -Niech zostanie, odbierzesz go na treningu wieczornym...
   -Jasne... Dzięki... Młody tylko...
   -Tak, tak... Mam być grzeczny, nieprzzkadzać i niewymyślać, daje słowo harcerza...
   -Arek ale Ty nie jesteś harcerzem...
   -Tato... Psujesz całą obietniecę...
   Normalnie jak to usłyszeliśmy to czysty Szampon... Nie... Pola to się chowała za mną, by nie wybuchnąc śmiechem, ta wie, gdzie się ukryć, a ja zlewośćią wytrzymałem... Odzwięcze sie zobaczysz...
   -Dobra...
   -Pa tato- pomachał mu chłopczyk.
   -Cześć Synu...
   Po czym wyszedł razem z Paulą. Po czym Młody usiadł na krześle, a moja dziewczyna... He... jak to ładnie brzmi... Nadal nie mogę się nadziwić... Ale wracając... MOJA DZIEWCZYNA (tak nadal to zaczynam wierztyć, sorry takie życie) zapytała nas co zjemy na śniadanie, a my bez zastanowienia powiedzieliśmy, że naleśniki... Oczywiście nie obeszło się bez małych psikusów, ale to szczegół... Po czym rozdzwonił się telefon Poli. Oczywiście, że ja odebrałem, bo ona była zajęta, wiecie jadła.
   -Ha...- zostało mi przerwane.
   -Powiesz mi o której wrócisz, czy mam czekać pod drzwiami niewiadomi ile?  Zawsze bierzesz moje klucze... Dobra, gdzie jesteś? A no tak, gdzie może być jak nie u swojego faceta... Dobra masz sie z tamtąd nie ruszać...
   Po czym się rozłączyła, a ja dołączyłem ostatnią sylabę z wyrazu "Halo".
   -Kto to dzwonił?-zapytała Pola.
   -Maryś, jest zła i radziłabym uważać...
   -To może pójdziesz na spacer z Arkiem, nie wiem na jakieś zakupy czy coś, hm... Nie chce by mały słyszał naszej sprzeczki.
   -Jasne...- pocałowałem dziewczynę w czoło.- Arek idziemy do sklepu i mam nadzieje, że mi pomożesz...
   -Oczywiście, a ciocia idzie z nami?
   -Nie, nie idę... Posprzątam troszkę i zrobię nam obiad, co?
   -A co ciociu będziesz robić?
   -A co byś chciał?
   -Może zapiekankę?
   -Ok, to będzie zapiekanka. Lecie...
   -Napisz jak skończycie rozmawiać...
   -Jasne... Lecie...

   (Pola)
    Odprowadziłam chłopaków do drzwi, gdzie obserwowałam chłopaków jak się ubierają. Mariusz pomagał mały ubrać kurtkę. Myślałam o tym, że będzie kiedyś dobrym ojcem... Pola o czym Ty myślisz... Dobra skończ...
   -Uważajcie na siebie...
   -Jasne ciociu, nie musisz się martwić, zajmę się wujkiem Mario...
   -Dziękuję Arek na Ciebie mogę liczyć... Obserwuj by wujek nie patrzył się za jakimś paniami...
   -Masz to ciocia jak w banku...
   Przybiliśmy żółwika i potem spojrzałam na Mariusza, który mnie mierzył.
   -No co?
   -Oglądał za jakimiś paniami? Dzięki kochanie...
   -Zawsze do usług. Dobra zmykać mi...
   -No dobra, jak skończycie to napisz...
   -Jasne...
   Po czym złożył na moich ustach przelotnego buziaka.
   -Kocham Cię.
   -Ja Ciebie też- odpowiedziałam i zamknęłam za nimi drzwi.
   Poszłam do kuchni i poszłam zrobić sobie herbatę. Usiadłam na parapet i przyglądałam się co dzieje się za oknem. Moje rozmyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Wstałam i poszłam otworzyć. Za nimi stała Mery. Była zła, to było widać, więc wolałam nie zaczynać rozmowy, do puki ona nie przejdzie do konkretu. Nasze nogi poniosły nas do kuchni. Maryś usiadła na krześle przy stole, a ja na swoje miejsce, czyli parapet. Czekałam aż zacznie i nie musiałam długo czekać.
   -Powiesz coś może?- Zapytała tak dla zaczepki.
   -Maryś a co mam mówić, hm... Wole się nie odzywać za bardzo, bo nie wiem o czym teraz myślisz... Wolałam się na chwile wycofać, byś ochłonęła, a potem próbować z Tobą rozmawiać.
   -Yhm... I jak się z tym czujesz?
   -Szczerze?- Na co przytkała.- Cholernie źle... Nie wiesz jakie to trudne się nie odzywać do swojej przyjaciółki... Maryś zrozum, że chciałam dobrze, ale widać nie potrzebnie się mieszałam... Chciałam pomóc, a wyszło jak zawsze... Jestem skończoną kretynką. Od dzisiaj nie będę się mieszała w twoje sprawy. Obiecuję.
   -O czym Ty pieprzysz... Tak się będziesz mieszać, bo znam Ciebie, więc mi nie obiecuj to raz, a dwa nie jesteś kretynką... Tylko moją zakręconą Polą... Pola zrozum, że na Ciebie nie potrafię się gniewać, tylko kurwica mnie bierze, jak się nie odzywasz, są dni że jestem wściekła co było widać, bo zapomniałaś o nas- na co się zaśmiała.- Ale jakby patrzeć, znowu jest normalnie między mną a Nico, nawet lepiej- to ostanie próbowała powiedzieć coś cicho, ale jej nie wyszło, bo usłyszałam.
   -Czekaj, że co? Nawet lepiej? O co chodzi Maryś? I ja o niczym nie wiem?
   -No dobra...- powiedziała niby zrezygnowana, ale było widać, że jest inaczej. He.. Czyli Pola górą!
   Blondynka opowiedziała mi wszystko co się wydarzyło tamtej nocy. Oczywiście między czasie napisałam do Marycniaka, że wulkan się już uspokoił i może wracać, na co ten, że leci, bo się stęsknił. Uwadze wcale nie odszedł mój uśmiech skierowany do telefonu.
   -Pola, czy Ty mnie słuchasz?
   -Co? Tak, tak...- powiedziałam, chociaż chyba zauważyła, że się wyłączyłam, bo moje myśli krążyły wokół pewnego środkowego.
   -Yhm... A mi jedzie czołg i strzela... Za dobrze Cię znam... Opowiadaj co tam się dzieje między Tobą a Marcyniakiem?
   -Wiesz... Dzisiaj mnie wzięły myśli, że byłby wspaniałym ojcem, kiedy zobaczyłam, jak zajmuje się Arkiem... Maryś co się ze mną dzieje...- po czym schowałam twarz w dłonie... Wicie troszkę się zawstydziłam.
   -Hm... Ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale myślę, że NASZA POLCIA SIĘ ZAKOCHAŁA! NASZA POLCIA SIĘ ZAKOCHAŁA!- Wydzierała tą swoje mordę, a tu wchodzi? No kuźwa, Marcyniak z małym.
   -A w kim się Polcia zakochała?
   Po czym miałam ochotę zabić Maryś wzrokiem, ale ona nic se z tego nie zrobiła, tylko zakryła twarz dłonią i zaczęła się śmiać cicho... Super, będę teraz musiała wszystko opowiedzieć... Dzięki Maryś, na Ciebie zawsze można liczyć...
   -To może ja się już zwijam...- no najlepiej spieprzać, a mnie zostawić z tym wszystkim.
   Po czym jak powiedziała, tak wstała i poszła na korytarz, a ja za nią. Wyrazami gestowym pokazałam jakie miałam intencje wokół niej, a ta nic tylko walnęła, że trzeba mi dorobić klucze z 15 i włożyć do kurtki, torb i czego tam mam, by nie brać więcej jej kluczy. Po czym wróciłam do kuchni ze spuszczoną głową i spalonym burkiem na ryjcu. Marycniak zaczął się ze mnie śmiać. Kolejny kretyn, ale nie zważałam na niego tylko wzięłam się za rozpakowywanie zakupów, bo przecież ktoś musi zrobić obiad. Kiedy układałam wszystko poczułam czyjeż wielkie łapska na moich biodrach. Wiedziałam do kogo należą, po pierwsze, jego perfumy, a po drugie jest tutaj jedynym facetem oprócz Akra (ale Arek nie mam takich dużych rączek) więc było wiadomo kto to... Ale starałam się zwracać na nie uwagi, ale kiedy zaczął całować nie po szyj to już musiałam powiedzieć mu parę rzeczy.
   -Arek jest w salonie.- dobra stchórzyłam.
   -No wiem, ale chyba mogę się po przytulać do mojej dziewczyny.
   -No ja nie wiem czy możesz...
   - Phi... jeszcze zobaczymy, kto pierwszy przyjdzie...
   Po czym skradł mi buziaka i po oznajmieniu, że idzie do małego, poszedł. Ja na spokojnie skończyłam zapiekankę szykować i wstawiłam do piekarnika. Poszłam zobaczyć co robią dzieci (Mariusza jeszcze w to wliczyłam, czyli właśnie Mario i Arek), a oni co robili? Układali klocki i między czasie zerkali na mecz lecący w telewizji. Usiadłam sobie na kanapie, a chwile później obok mnie siedział Arek a po drugiej stronie Mariusz, który oczywiście zarzucił na mnie rękę, a Mały się do mnie przytulił. Siedzieliśmy tak do puki nie usłyszałam sygnału z piekarnika, że nasze jedzonko jest już gotowe, więc wstałam i wyłączyłam, po czym wzięłam talerze, szklanki i rozłożyłam wszystko. Kiedy się z tym szybko uporałam zaprosiłam chłopców do stolika by zjedli, bo za 1,5h Mariusz miał trening, a jeszcze musieliśmy się ogarnąć.
   Po skończonym posiłku, wygoniła chłopaków do salonu, a ja w tym czasie posprzątałam po posiłku. Następnie poszłam do nich i zobaczyłem, że dochodzi 15.30.
   -Chłopaki, co Wy na to, żeby dzisiaj pójść na pieszo?
   -Szczerze to dzisiaj jest ładna pogoda, więc czemu nie... Chodź Arek, ubierzemy się i idziemy, co?
   -No dobra...
   Poszliśmy wszyscy na korytarz, by się ubrać i kiedy Mariusz zamknął drzwi od mieszkania ruszyliśmy w stronę hali trzymając się za ręce. Czyli norma. Nawet Arek się złapał mnie za rękę, czym była zdziwiona. Kiedy doszliśmy już na miejsce, akurat podjechał Szampon, czym stwierdził, że wyglądamy jak rodzina... Na co trochę się speszyłam, bo miałam podobne myśli, tyle że rano... Po czym Wlazły wziął młodego za rękę i poszedł z nami na hale. Z chłopakiem rozdzieliłam się na skrzyżowaniu, że w sensie ja na sale, on do szatni. Oczywiście nie obeszło się bez buziaka i dopiero wtedy poszedł. Poszłam na sale, a tam siedziała już Maryś z Olim. Podeszłam do niej od razu i usiadłam. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, czyli tak jak kiedyś, z tym wyjątkiem, że teraz jeszcze zajmowałyśmy się dzieciakami. Jadaczki, że tak powiem, nam się nie zamykały, chociaż coś nie dawało mi pokoju. Byłam jakaś rozkojarzona, Maryś chyba to zauważyła, ale się nie odzywała. Zawsze rozpoczynałam ten temat jako pierwsza, więc może dlatego nie naciskała, ale teraz jakoś mi się zbędne wydawało. Nawet nie zauważyłam, kiedy Skrzaty weszły, gdyby nie telefon Mariusza i sms od Magda ;*
ILE MOŻNA CZEKAĆ NA CIEBIE? 
RUSZAJ SWÓJ ZADEK I PRZYJEŻDŻAJ... TĘSKNIĘ ;*
   Kiedy to przeczytałam to zdrętwiałam... O co w tym kuźwa chodzi...
  -Pola, co jest?
   Niby słyszałam, ale nie docierały do mnie jej słowa.
   -Pola?!
   Powiedziała stanowczo, ale ja wtedy wstałam i zeszłam do chłopaków. Pierwszy zobaczył mnie Mariusz... Świnia jedna... Bez wstępu zaczęłam. Wyciągam telefon i zaczęłam czytać dosyć głośno wiadomość,, która kilka minut wcześniej doszła, że nawet Blain ucichł.
   -Do jasnej cholery wytłumacz mi kim jest Magda!!! Co może kuzynka?! Marcyniak jesteś świnią... Myślałam, że mnie kochasz, że szanujesz... A Tobie chodziło tylko o jedno, by mieć kurę domową, prawda?! By kogoś po bzykać, gdy nadzieje ochota, a że teraz nie chce dać Ci dupy, to chodzisz po jakiś kurwach, tak?! Wiesz idź się lecz chłopie na nogi bo na głowę już dawno za późno...
   Po czym rzuciłam w niego telefonem i wybiegłam. Zakryłam twarz, bo czułam jak lecą za mną łzy. Usłyszałam krzyk tylko Marycyniaka.
   -Magda to moja siostra, Pola zaczekaj...
  A potem była ciemność. Nie pamiętam nic, odkąd wyszłam z budynku. Jakiś worek chyba na głowie i mocne walnięcie w brzuch i chusta usypiająca, zrobiła swoje...

*********************************************************************************
Hejka! Tu Tosia!
Chciałabym przeprosić za to opóźnienie, 
bo wyszło to z mojej winy...
Niestety nie wyrobiłam się w czasie
 i nadal się nie wyrabiam...
Staram się jak mogę i teraz obiecuję, 
że będę się starać jeszcze bardziej 
i że będę pisać teraz regularnie...
Mam nadzieje, że nie jesteście źle...
I że nie przestaniecie czytać...
odezwijcie się, czy jesteście na to źli, czy nie...
Całują ( w policzek) Zuśka&Tośka