wtorek, 4 kwietnia 2017

23

(Mery)
Obudziłam się w szpitalu. Czułam jakby moja głowa ważyła tonę.
- Witamy panią w śród żywych. Jak się pani czuje?- Zapytał lekarz, który był na mojej sali i świecił mi w oczy latarką.
- Wie pan, bywało lepiej...- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mam pani wyniki badań krwi...
- Już? Przecież dość długo trwa coś takiego- przerwałam mężczyźnie.
- To prawda, widzę, że pani chyba z KPP... Ale wracając, była pani przez ponad dwie godziny nie przytomna.
- Ile?
- Ponad dwie godziny, więc tak jak mówiłem mam pani wyniki- kontynuował a co usłyszałam potem zwaliło mnie z nóg, nie dosłownie bo leżałam, ale gdybym stała pewnie bym usiadła.
Po tym co mi powiedział tak po prostu wyszedł, a ja siedziałam nie wiedząc co zrobić...
- Przymknijcie się na chwilę. Marysia, moja kochana, co się stało?- zapytał materializując się koło mnie ni z tąd ni z owąt Igła.
- Wcale nie taka twoja, bo moja też...- odparł oburzony Ziomek.
- Ale to ja jestem jej rodziną.- dodała Aga.
Patrzyłam na nich zdezorientowana i nie wiedziałam co powiedzieć.
- Dajcie spokój. Mery, co się stało?- Zapytała Polcia siadając po drugiej stronie bo jedną już zajął duszpasterz Igła.
- Ja sama nie wiem...- odpowiedziałam nie wiedząc jak im  to wyjaśnić.
- Może to ci pomoże...- stwierdziła Aga i podała mi jakąś kopertę.
Otworzyłam ją i zaczęłam czytać w myślach.
Mała!
Jeśli to czytasz to znaczy, że masz 23 lata, więc nie będę owijał w bawełnę i hamował ze słownictwem ;)
Więc pewnie teraz mam pod czterdziestkę, jestem stary, gruby i brzydki, ale kij z tym ;P
A czemu? Bo mam obok siebie dwie najwspanialsze kobiety na świecie.
Ciebie i Agę.
Chcę, żebyś wiedziała, że kocham Cię nad życie i zrobię dla Ciebie wszystko.
Zaadoptowałbym Cię, ale ten pieprzony bidul mi na to nie pozwala, bo niby nie mam warunków...
Ale chcę, żeby to było jasne. Jesteś, byłaś i będziesz w moim życiu najważniejsza...
Nie chcę wyjeżdżać teraz do Włoch do Maceraty... To znaczy cieszę się, że tam jadę, ale nie chcę tam być bez Ciebie Mycha...
Bo co ja tam bez Ciebie zrobię? 
Kto mnie będzie tak denerwował?
Kto mnie będzie tak fajnie budzić zimną wodą?
No powiedz mi kto?
Wiem, że pewnie jesteś na mnie wściekła za to, że pojechałem...
Naprawdę przepraszam... Krzysiek z Ziomkiem obiecali mi, że będą mieć na Ciebie oko, więc jak coś przeskrobiesz to odrazu się o tym dowiem ;)
Sandra na pewno by chciała, żebyś była szczęśliwa, więc posłuchaj mnie uważnie Myszka, masz żyć na całego, bez ograniczeń, zakochać się, poznać tego jedynego, mieć gromadkę dzieciaków, robić to co kochasz, żebyś na koniec życia mogła powiedzieć "Żyłam na prawdę i nie żałuję ani jednej sekundy tego co mnie spotkało".
Mam nadzieję, że mieliśmy kaca giganta po twojej 18-stce razem z Igłą i Ziomkiem ;D
Myszka pamiętaj, żyj na całego i nigdy nie mów nie, jeśli serduszko podowiada Ci tak.
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa i nie ma z tobą żadnych problemów.
Pamiętaj, zawsze będę Cię kochał.
Na zawsze Twój Arczi ;*
Po moich policzkach spływały gorzkie łzy... Mój Arczi... Chciał mieć kaca po mojej 18-stce, chciał mnie zabrać ze sobą, powiedział, że zawsze będzie mnie kochać, że mam słuchać mojego serduszka, że mam niczego nie żałować... I wtedy coś we mnie pękło i powiedziałam nieświadomie na głos:
- Jestem w trzecim tygodniu ciąży- wydukałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.- I przez to pogłębiła mi się anemia- dokończyłam, żeby już nie było pytań o wszystko i o nic.
- Ale jak to?
- Wiesz co Krzysiek, komu jak komu, ale tobie naprawdę nie powinnam tłumaczyć skąd się biorą dzieci, bo chyba wiesz skoro masz aż dwójkę- odpowiedziałam rzeszowskiemu libero.
- Ale i tak jak to możliwe?! Przecież Ty jesteś z tym gościem od trzech tygodni...
- A co, Ty mi może powiesz, że taki grzeczniutki byłeś, że z Iwonką do ślubu nic nie było?
- Igła, ona ma rację, zresztą, proszę Cię, wiesz jak teraz jest i lepiej, że to z nim, a nie z kimś innym, bo jemu naprawdę na niej zależy.- poparł mnie Ziomek.
- I Ty Brutusie przeciwko mnie?- Zapytał oburzony Igła.
- Możecie się zamknąć? Bo kłótnie na pewno jej teraz nie pomogą- odezwała się w końcu Polcia.
- Ona ma rację.- poparła ją Aga.- Więc z łaski swojej zamknijcie się i zastanówmy się co zrobić z tym fantem.
- Jak to co, nic- odezwałam się w końcu, a Igła popatrzył na mnie jak bym powiedziała największą głupotę na świecie.- Nie patrz tak na mnie, bo to nie jest Damian.
- Mysza, a co jeśli...
- Igła nic... Jestem dorosła i na 100% tego nie zrobię! Już za dużo straciłam, tyle bliskich osób odeszło, tyle części mnie, nie pozwolę, żeby teraz kolejna odeszła!- Niemalże wykrzyczałam ze łzami w oczach.
- Przepraszam, po prostu się o Ciebie martwię.- wyszeptał przytulając mnie.- Obiecałem mu, że będę Cię pilnował, już raz zawiodłem i do dzisiaj mam z tego powodu wyrzuty sumienia, nie chcę, żeby teraz też tak było- skończył jeszcze ciszej niż wcześniej mówił.
- Jak myślisz, jak zareaguje?
- Nie wiem Ziomek. Ale bez względu na wszystko nie zmienię mojej decyzji.
- I tak powinno być.- poparła mnie jednocześnie Aga z Polcią.
Nie wiem, ile jeszcze siedzieli, ale atmosfera się trochę poluźniła. Igła z Ziomkiem zaczęli się tak wygłupiać, że aż brzuch mnie rozbolał ze śmiechu. Z resztą, oni tak zawsze...
Więc kiedy poszli, stałem przed najtrudniejszym zadaniem... Jak mam to powiedzieć Nico i jaka będzie jego reakcja...
Nie musiałam długo czekać, aż mnie odwiedzi. Kiedy tylko wszedł odrazu skierował się do mnie jakby się bał, że mu ucieknę i nic nie powiem. Chłopak usiadł na końcu łużka i spojrzał na mnie.
- Wszystko w pożątku Mycha?- Zapytał, a ja poczułam pod powiekami łzy co oczywiście nie umknęło uwadze Francuza.
- Po części tak...
- Po części?- Powtórzył zaniepokojony moją odpowiedzią.
- Nico, bo ja...- zaczęłam i nie wiedziałam jak to powiedzieć.
(Nico)
- Mycha, co jest?- Dopytywałem coraz bardziej zmartwiony i zaniepokojony jej zachowaniem.
- Nicolas- powiedziała dziewczyna, a ja byłem coraz bardziej zdenerwowany, bo nie pamiętam kiedy tak do mnie ostatnim razem mówiła.- Proszę Cię, bez względu na to co powiem...
- Nic się między nami nie zmieni, obiecuję.- przerwałem jej i chwyciłem ją za rękę.- Więc powiesz mi w końcu co się stało?- Zapytałem, a dziewczyna ciężko nabrała powietrza.
- Nico, jestem w ciąży- po tych czterech słowach najpierw usłyszałem głuchy pisk, a potem zalała mnie fala radości.- W trzecim tygodniu.- dokończyła spokojnie.
- Mery...- zacząłem, ale nie umiałem wydusić z siebie niczego innego niż tylko jej imienia.
Przytuliłem ją najmocniej jak tylko umiałem i pocałowałem. Blondynka spojrzała na mnie zdezorientowana z łzami w oczach.
- Nie, nie jestem zły... Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Świecie. I tak, może jestem troszkę przerażony, ale jestem pewien, że na 1000% sobie poradzimy. Myszka, tyle szczęścia, ile przydarzyło mi się z tobą przez te prawie pięć miesięcy... Ja nawet przez całe życie nie miałem tyle szczęści ile spotkało mnie z Tobą- powiedziałem z uśmiechem i pierwszy raz od tylu lat, poczułem pod powiekami łzy szczęścia.
Kiedy wyszedłem od dziewczyny mój mózg przestał kontaktować po angielsku i polsku, byłem w takim szoku, że jedyne co pamiętałem to francuski, a i tak miałem z tym jeszcze problemy...
Więc Polcia jeszcze raz poleciała do Mery, a ja siedziałem i po prostu nad tym myślałem. Boże, zostanę ojcem... Będę tatą... Moja Marysia jest w ciąży. Moja Marysia, moja Myszka, moje Kochanie... Nadal nie mogę w to uwierzyć...
Kiedy Pola wyszła podrzuciłem ją do domu i w sumie tam zostaliśmy w trójkę. Oczywiście ja nadal tylko miałem na języku francuski, przez co Mario się trochę wnerwiał, ale Polcia go zgasiła, po czym środkowy poszedł pod prysznic. Usiadłem z atakującą na kanapie.
- Nico, to wy teraz zrobicie?- zagaiła nagle Polcia.
- Szczerze? To nie mam zielonego pojęcia... Teraz najważniejsze, żeby nic nie stało się Mery i tej małej kruszynce.
- Tu masz rację- poparła mnie blondynka.- A potem?
- Naprawdę nie wiem Pola... Już samo to, że Mery jest w ciąży jest dla mnie szokiem, ale oczywiście tym pozytywnym... A co będzie dalej...? Zobaczymy... Wszystko zależy od niej, bo chcę żeby była szczęśliwa...
- Popieram Cię w tym- opowiedziała dziewczyna.- Za dużo już przeszła, żeby jeszcze teraz tracić to co ma...
- Właśnie...- spojrzałem na telefon, który zaczął wibrować.- Dasz mi chwilkę?
- Jasne, odbierz- dopowiedziała z uśmiechem dziewczyna.
Więc tak zrobiłem. Dzwonił Kevin, chwilę z nim pogadałem i wróciłem do kuchni. Zrobiłem z Polcią kolację, po czym ją zjedliśmy, posprzątaliśmy z Mariem, Polcia poszła się myć, a kiedy wróciła pożegnałem się z nią i ze środkowym i pojechałem do siebie.
Kiedy tylko otworzyłem drzwi przywitała mnie Bianka. Uśmiechnąłem się do niej i weszliśmy do środka. Usiadłem na kanapie i nadal nie mogłem uwierzyć, że już za osiem miesięcy nie będziemy sami...
(Mariusz)
Nie wierzyłem własnym uszom... To było niesamowite... Cały czas miałem to w uszach... Ale jaja... No dobra nie aż takie ale jednak. Kiedy poszedł od nas Nico, położyłem się obok Poli i od razu odpłynąłem. A co było tego skutkiem? No nic... Po prostu spać... A rano zostałem brutalnie wywalony przez Pole.
-Mariusz, Ty leniu śmierdzący! Wstawaj, jedziemy do Maryś! Więc ruszaj swoje sexi-flexi literki i do kuchni na śniadanie, a potem do łazienki! Masz na to wszystko 25 minut, a jeśli przekroczysz to będą kółka karne, czyli biegniesz do szpitala za samochodem!
Po czym zostałem zwalony z łóżka, ona zniknęła w łazience. Więc musiałem wstać i poszedłem zrobić to o co prosić. Znaczy rozkazała, bo prośbą raczej to nie było... Ale cóż. Poszedłem i to zrobiłem, a Pola... Nie uwierzycie chodziła i śpiewała... Kurde, takiego happy baer jeszcze nie widziałem. Kiedy się ogarnąłem, zostało mi jeszcze 10 minut, więc chciałem se jeszcze posiedzieć, ale niestety moja ukochana raczej nie chciała. Jak to powiedziała; mam zwijać manatki i jedziemy do szpitala. Więc zamknęliśmy mieszkanie i poszliśmy w kierunku samochodu, a potem Pola poleciała jak na skrzydłach do Marysi. Poszedłem za nią i wszedłem nie pewnie. Dziewczyny gadały ze sobą jak na jęte, że nawet nie zauważyły jak wszedłem. Siedziałem i się zastanawiałem, kiedy mnie zauważą... Jednak na nic... Serio... A wiecie po czym? Po Polci , która jak stwierdziła:
- No i gdzie jest ta menda leniowata... No ile można iść...
- Kochanie, siedzę tu  jakiś dobrych 20 minut... Tylko jesteś tak bardzo zagadane, że nawet mnie nie zauważyłyście...
-Cześć Mario! Miło Cię widzieć...
-Cześć Maryś! Mi Ciebie też, kiedy Cię wypuszczają?
-Prawdopodobnie jutro wieczorem, a co?
-Tak pytam i co teraz będzie?
- No nic... Wrócę do domu, będę na siebie uważać, no i będzie trzeba zrobić pokoik dla dziecka...
-Ale, że jakiego domu...
-No do mojego, a którego?- znikąd pojawił się Nico.
-A kto tak powiedział?
-Ja... Nie chce byś sama z tym została, zrozum...
-Nico, ale ja...
-To może my pójdziemy po coś do jedzenia?- wystrzeliła Pola i pociągnęła mnie za sobą.
Poszliśmy do bufetu i żadne się z nas nie odzywało. Woleliśmy ciszę i wpatrywanie się w siebie lub coś co znajduję się przy nas. Nie wiedziałem jak mam się odezwać. Ale w końcu ma się jaja, więc trzeba...
-O czym myślisz?- powiedziała Pola, no serio kochanie... Zawsze musisz mi przeszkodzić?
-Ja?
-No św. Elżbieta, no raczej, że Ty...
-O Marysi...
-Mam być zazdrosna?- powiedziała lekko obrażona.
-Tak i to bardzo! Oczywiście, że nie... Kocham Ciebie i tylko Ciebie... Ale myślę o innym znaczeniu, co teraz będzie...
-Yhm...
-Pola, Ciebie też to męczy, przecież widzę...
-No dobra... to prawda... męczy mnie to... Zastanawiam się czy będzie tak samo jak...
-Jak?- spytałem, kiedy się zacięła i przez parę minut się nie odzywała. -Pola? O cho chodzi?
-Przepraszam Mariusz, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Po czym wstała i chciała wyjść, ale ją zatrzymałem i stanąłem na przeciwko niej.
-Pola, dlaczego? Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko...
-Nie, tego nie mogę powiedzieć...
Próbowała się wydostać się z mojego uścisku, ale sorry jestem silniejszy...
-Pola, do jasnej cholery... O co chodzi?! Jeśli mnie kochasz to mi powiedz...- no ej... mamy mówić sobie wszystko, to chyba logiczne, że muszę postawić warunek.
-Mariusz, wiesz o tym bardzo dobrze, że Cie kocham - oho... zaraz się rozpłaczę, ale ja nie lubię kiedy płacze, ale muszę wiedzieć o co chodzi i co ją tak martwi...
-To mi to powiedz...- podeszłem jeszcze bliżej i spojrzałem w jej oczy.- Pola, ,proszę... O co chodzi?
Próbowałem wyczytać z jej oczu cokolwiek, ale znalazłam tylko bezradność, smutek i żal w oczach...
-Przepraszam nie mogę...
Spuściła wzrok i wybiegła z bufetu. A ja stałem przez chwile i zastanawiałem się o co chodzi. Dlaczego, przecież obiecywaliśmy sobie mówić prawdę, a on coś za mną zataja? No nie może tak być... Coś jest nie tak... Ale jeśli nie chce mówić to nie będę się prosić...
(Pola)
Wstałam wcześniej i poszłam się ogarnąć, bo bardzo chciałam jechać do Marysi. Zrobiłam śniadanie i zjadłam je, a potem przygotowałam kanapki dla Mariusza. Poszłam obudzić tego lenia. Poszłam i wzięłam kołdrę na ziemie i po czym delikatnie go zwaliłam z wyra i mówiąc co ma zrobić, ja w tym czasie uciekłam do łazienki i wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy, ubrałam się i zrobiłam delikatny makijaż, poprawiłam włosy i zaczęłam nucić piosenkę, która chodzi od jakiegoś czasu po głowie. Kiedy zobaczyłam, że mój bażant jest gotowy, poinformowałam go, że jedziemy już. Kiedy znaleźliśmy się pod szpitalem poleciałam do Marysi. Zaczęłyśmy plotkować, tak się zagadałyśmy, że nawet nie zauważyłyśmy, że Mariusz już jest i se tak jakoś ładnie go skomentowałam:
- No i gdzie jest ta menda leniowata... No ile można iść...
- Kochanie, siedzę tu  jakiś dobrych 20 minut... Tylko jesteś tak bardzo zagadane, że nawet mnie nie zauważyłyście...
-Cześć Mario! Miło Cię widzieć...
-Cześć Maryś! Mi Ciebie też, kiedy Cię wypuszczają?
-Prawdopodobnie jutro wieczorem, a co?
-Tak pytam i co teraz będzie?
- No nic... Wrócę do domu, będę na siebie uważać, no i będzie trzeba zrobić pokoik dla dziecka...
-Ale, że jakiego domu...
-No do mojego, a którego?- znikąd pojawił się Nico.
-A kto tak powiedział?
-Ja... Nie chce byś sama z tym została, zrozum...
-Nico, ale ja...
-To może my pójdziemy po coś do jedzenia?- wypaliłam na poczekaniu, a Maryś mnie spojrzała, tylko pytanie, czy z wdzięczności czy miała ochotę mnie zabić. No ale trudno...
Szyliśmy powoli, bo do końca nie wiedzieliśmy gdzie iść, ale co tam... W końcu znaleźliśmy i usiedliśmy przy stoliku. Zaczęła myśleć co będzie z Marysią... Mam nadzieję,  że Nico  nie okaże się takim draniem... Wiem, że zrobię wszystko by było teraz inaczej... Zaczęłam się zastanawiać o czym on myśli...
-O czym myślisz?
-Ja?
-No św. Elżbieta, no raczej, że Ty...
-O Marysi...
-Mam być zazdrosna?- powiedziałam niby obrażona...
-Tak i to bardzo! Oczywiście, że nie... Kocham Ciebie i tylko Ciebie... Ale myślę o innym znaczeniu, co teraz będzie...
-Yhm...
-Pola, Ciebie też to męczy, przecież widzę...
-No dobra... to prawda... męczy mnie to... Zastanawiam się czy będzie tak samo jak...- ugryzłam się w język, gdyż on nie wiedział nic o Dominiku...
-Jak?- spytał, kiedy się nie odzywałam. -Pola? O co chodzi?
-Przepraszam Mariusz, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Chciałam wyjść, żebym nie powiedziała, bo nie mogłam.. Nie chciałam. Zatrzymał mnie i stanął na przeciwko mnie.
-Pola, dlaczego? Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko...
-Nie, tego nie mogę powiedzieć...
Próbowałam się wydostać z jego uścisku, ale no nie jestem, aż taka silna...
-Pola, do jasnej cholery... O co chodzi?! Jeśli mnie kochasz to mi powiedz...- kuźwa, jak ja nie lubię takich warunków.. Mariusz no!!!
-Mariusz, wiesz o tym bardzo dobrze, że Cie kocham - czułam, że zaraz się rozryczę i wszystko mu wykrzyczę, ale nie mogłam...
-To mi to powiedz...- podszedł jeszcze bliżej i spojrzał w moje oczy.- Pola, proszę... O co chodzi?
Biłam się dosyć długo, czy mu powiedzieć, ale nie mogłam... Jeśli Maryś nie powie, to ja tym bardziej nie mogę...
-Przepraszam nie mogę...
Po czym wybiegłam z szpitala. Poszłam do parku i usiadłam na ławce, gdzie akurat była jakaś rodzinka. Kuźwa, czemu ja mam takie szczęście!!! No do cholery jasne... Siedziałam i patrzyłam jak rodzice zajmą się swoim synkiem. Źle się z tym czułam... Więc wstałam z tej ławki i poszłam do sklepu... Kupiłam potrzebne produkty i poszłam do Mańka mieszkania. Ogarnęłam trochę mieszkanie i zrobiłam mu kolacje. Napisałam mu kartkę, żeby czasami się nie martwił, bo chce być teraz sama. Poszłam do siebie. Kiedy byłam na klatce schodowej poczułam okropny ból na dole brzucha... O nie tylko nie teraz... Doczołgałam się do mieszkania i od razu do łazienki i co?
-Kurwa mać... Jebany okres...
Poszłam do pokoju wzięłam ciuchy i poszłam się umyć, po czym zrobiłam wszystko to co trzeba zrobić i błagałam w myślach, żeby Maryś miała coś przeciwbólowego... I znalazłam... Niby Ibum, ale on mi nie pomaga... Daje na chwile spokój, ale no co zrobić... Zrobiłam sobie herbatę po czym, kiedy ją opróżniłam, poszłam na swoje ulubione miejsce do rozmyśleń, czyli parapet... Zjadłam trochę Nutelli bo akurat miałam na nią ochotę i myślałam o nas... Zamknęłam oczy, żeby skupić się... Po czym usłyszałam, że ktoś wchodzi...

******************************************************************************************************************

Siemka wam wszystkim!
Przepraszamy za zwłokę, rozdział miał być w niedzielę,
ale wiecie, te emocje po meczu z Effectorem ;)
Więc mamy kolejny rozdział...
Trochę się rozjaśniło ale i znowu pojawiły się jakieś tajemnice...
Piszcie co sądzicie :)
Następny rozdział pojawi się pod koniec tygodnia, bo teraz to ja muszę się troszkę spiąć...
Jak do końca niedzieli go nie będzie macie oficjalne pozwolenie na 
potrzepanie moją osobą xD
Dobra kochani, miłego czytania i czekamy na komentarze ;)
Całują, Zuśka&Tośka ;***